"Dobro względem wszelkiej jaźni generuje rzeczywistość, w której granicą funkcji wszechdoświadczanej przyjemności w wieczności jest nieskończoność, a wszechdoświadczanego cierpienia – zero. Mam przez to na myśli, że wartość doświadczanej przyjemności jest wtedy ostatecznie większa od dużej, nieujemnej liczby E, a cierpienia, ostatecznie mniejsza od małej, nieujemnej liczby ε."
Na Obraz Pana
***

W swojej książce proponuję autorski model dywagowania o sensie istnienia i moralności. Ustami ognistej istoty argumentuję za tym, że arbitralnie ustanawiane zasady moralne – przez święte teksty, tradycje, własne sumienie – same w sobie są niezobowiązujące, a ich rozstrzygający autorytet jest iluzją. Zasady, którymi się kierujemy nabierają na znaczeniu kiedy stosowanie się do nich skutkuje konsekwencjami – pożądanymi lub niepożądanymi. Przykładowo, jeśli chrześcijański Bóg istnieje i skazuje nas na zbawienie lub potępienie, to chrześcijańska moralność jest warta respektowania, ponieważ przestrzeganie jej skutkuje wielką korzyścią. Można też jednak wyobrazić sobie Boga, który nakazuje swoim wiernym skakać przez całe życie na jednej nodze. Zapytany o los tych, którzy go w tym nie usłuchają odpowiada następująco:

„Los nieskaczących będzie taki sam jak los skaczących. Skaczących nijak nie nagrodzę, nieskaczących nijak nie ukarzę. Wysłuchanie mnie w tej sprawie nie zaważy o moim wyroku.”

Czy zdaniem takiego Boga powinno się przez całe życie skakać na jednej nodze? W moim rozumieniu tego słowa, tak. Czy jednak warto całe życie skakać na jednej nodze? Raczej nie. Czy kategoria „powinności” jest jakkolwiek użyteczna w tym eksperymencie myślowym?

Jako podstawowe parametry egzystencjalnej wartości proponuję przyjemność (doświadczenie preferowane) i cierpienie (doświadczenie niepreferowane). Nie uzurpuję sobie mocy rozstrzygania czym ontologicznie jest przyjemność i cierpienie – te słowa służą mi jedynie jako oznaczenia subiektywnych bodźców, stanów. Są to dla mnie dwie, osobne zmienne w „przeliczeniu szczęścia”, o którym przeczytasz niżej.

Na matematyce w szkole średniej, moją szczególną uwagę przykuły granice funkcji w nieskończoności. Rozważając w tamtym czasie o teodycei – sprawiedliwości chrześcijańskiego Boga – uznałem, że porównywanie wartości skończonych do wartości rosnących budzi skojarzenia z porównaniem ziemskiego życia z wiecznym trwaniem w raju. Zmienną x dla klarowności wystarczy podmienić na „t”, a przez wartość y rozumieć intensywność odczuwania definiowanego uczucia (przyjemności/cierpienia).

Przeliczenie szczęścia nie prowadzi do żadnych obliczeń ani usilnej próby matematyzowania mistyki. Służy jedynie konceptualizacji niektórych moich idei. Głównym postulatem, do którego argumentowania służy mi to wyobrażenie, jest to, że warto zabiegać o zbawienie (szczęście w wieczności). Przeliczenie szczęścia służy mi właśnie do definiowania czym jest szczęście, zbawienie, potępienie, dobro, zło i inne zjawiska powiązane z xodczuwaniem przyjemności lub cierpienia w linearnym czasie.

Żeby lepiej zrozumieć ideę przeliczenia szczęścia, możesz zapoznać się z historią Romka.