NA OBRAZ PANA
Spojrzałem, a oto gwałtowny wiatr powiał z północy i pojawił się wielki obłok, płomienny ogień i blask dookoła niego, a z jego środka spośród ognia lśniło coś jakby błysk polerowanego kruszcu. Pośród niego było coś w kształcie żywej istoty, a z wyglądu było podobne do człowieka. Gdy to ujrzałem upadłem na twarz i usłyszałem głos tego, który przemówił.
I rzekł do mnie: «Synu Człowieczy! Stań na nogi, a będę z tobą rozmawiał!»
A gdy przemówił do mnie, wstąpiła we mnie siła i powstałem by słuchać tego, który do mnie mówił:
«Oto dożywasz dnia, w którym przyjdzie ci pojąć niejedno. Posyłano ci proroków, uczonych i nauczycieli, a także myślicieli, ale tak jak oni wszyscy błądzili przed światem, tak i ty błądzisz przed wieloma!»
Wciąż zlękniony jego mocą, jednak pełen siły, którą mnie napełnił, zapytałem:
- Kim jesteś Panie? Jeśliś Tym o którym słyszałem od proroków, uczonych i nauczycieli, a także od myślicieli, czemu narażasz mnie sobą na trwogę? Czemu akurat mnie wystawiasz na swoje spojrzenie?
«Kim jestem przyjdzie ci zrozumieć, jeśli wysłuchasz w pełni mojego słowa. Ty zaś pierwszy padłeś przede mną jakbyś wiedział przed kim padasz, a miast sam się przedstawić – pytasz.»
Przeprosiłem istotę i przedstawiłem się.
«Znam twoje imię, a jednak zwróciłem się do ciebie tytułem, który uznałem za wyróżniający, Synu Człowieczy. Czy zmyślnie postąpiłem tak ciebie wyróżniając?»
Rozumiejąc, że istota poddaje próbie moją mądrość, odparłem:
- Jestem człowiekiem, bo powstałem z człowieka i ludzkie mam ciało. Jeśli zaś pytasz co oddziela mnie od reszty stworzenia, które i między sobą różni się ciałem, ja jeden rozróżniam dobro od zła. Jakkolwiek nietrafnie bym tego dokonywał, mam zrozumienie tych pojęć.
«Zaprawdę słuchałeś proroków, uczonych i nauczycieli, a także myślicieli. Słuchaj jednak i mnie. Przede mną pod tymi względami nie różnisz się od zwierzęcia. Los bowiem synów ludzkich jest ten sam, co i los zwierząt; los ich jest jeden – jaka jest śmierć jednego, taka śmierć drugiego i oddech życia ten sam. W rzeczy, którą wymieniłeś, człowiek faktycznie przewyższa zwierzęta, czyni to jednak jedynie złożonością swego poznania, niekoniecznie jego ostateczną naturą.»
To rzekłszy, istota wyprowadziła mnie do ogrodu, a było w nim wiele zwierząt różnych rodzajów. Każde z nich zajmowało się jakąś sprawą, tak że żadne nie zwracało na mnie uwagi. Cieszył mnie ich widok, bo ogród był bardzo piękny.
«Zabrałem cię w to miejsce nie by wskazać ci jedność prochu, w który obraca się i człowiek, i zwierzę, ale byś wpierw zrozumiał, że ten sam proch was stanowi.»
To mówiąc istota wręczyła mi gorzkie orzechy: «Widzisz tę parę małp, tak pociesznie tobie podobnych, Synu Człowieczy? Każda z nich ma na swojej gałęzi mieszek, w mieszkach tych są złote monety. Nabądź je dla mnie, bo bardzo mi ich potrzeba. Wykup po jednej monecie od małpy.»
Na moje zawołanie małpy zeszły wręczyć mi po monecie. Wiedząc, że oczekują zapłaty, podałem każdej z nich po orzechu.
«Zakup mi więcej monet, czyń to jak dotychczas, po jednej od małpy, by nie peszyć ich rachunkami. Jednej z nich płać od teraz daktylami, drugiej zaś nie zmieniaj zapłaty.»
To mówiąc istota wręczyła mi kiść daktyli. Wedle pouczenia zapłaciłem jednej z małp daktylem, a drugiej - jak wcześniej – gorzkim orzechem. Widząc, że pierwsza z małp otrzymała słodszą zapłatę, druga jakby się obruszyła. Przy następnej wymianie wzgardziła orzechem, aktywnie żądając daktyla. Przy trzeciej próbie, jęła wymachiwać rękami w gniewie i wyciągać je do mnie tak, że prawie spadła z drzewa. Oddaliłem się od małp i wróciłem do istoty.
«Spójrz, Synu Człowieczy. Nabyłeś mi siedem monet od dwóch małp. Czyżby jednej z nich brakło kruszcu w mieszku? Może którąś zbiłeś i przepędziłeś od siebie? Czy próba, której poddałeś małpy wykazała ci coś o ich pojmowaniu? Dostrzegasz źródło małpiego gniewu, Synu Człowieczy?»
Przewidując jak istota planuje mnie pouczyć, odrzekłem:
- Pojmuję jej gniew, tym bardziej, że podobnie jak ona poddawany jestem próbie. Faktycznie małpa poznaje niesprawiedliwość. Zważ, że małpy naturalnie żyją w grupach. Z pewnością, z przyrodzenia nabyły instynkty, które odpowiadają za zazdrość, bo przecież to o nią się tu bardziej rozchodzi. Człowiek zaś sam opracował abstrakcyjne systemy, przez które poznaje niesprawiedliwość. Zauważ, że drugiej małpie nierówny podział zupełnie nie przeszkadzał, bo też jak miałaby go dostrzec bez doświadczenia i zrozumienia go.
«Większość tego co powiedziałeś o małpach, ja o tobie mogę powiedzieć. Twierdzisz, że ułudą jest małpie sumienie, bo bierze się z instynktów, a nie z abstrakcyjnej moralności, którą to ludzie kultywują. Skąd zaś twoje konstrukty Synu Człowieczy? Nie zasłaniaj się prorokami! Z którym objawieniem ukochano dzieci? Które zesłanie nauczyło was by nie podnosić ręki na przyjaciela? Który z mężów bożych nauczył was nagrody za dobre i kary za złe? Na tym co przyrodzone zbudowaliście co ustalone, tak jak się ustala mowę! A czy zabrać cię do świń, które rozmawiają opodal? Doprawdy też, małpy widzą tylko własną krzywdę i akurat je czyni to niższymi? Miast pokazywać ci zwierzęta wszelkich rodzajów, wiem już co ci pokazać.»
Istota zabrała mnie dalej w ogród. Podążając za nią obserwowałem inne zwierzęta zgromadzone w tym niezwykłym miejscu. Były wśród nich ptaki przeglądające się w kałużach, walczące kocięta, z których jedno było rozjemcą i stado wielkich bestii zawodzących nad mogiłą. Wpadliśmy też na oślicę, która bardzo się nas zlękła. Zobaczyłem tam i inne dziwy, których nie pojmowałem.
Wtedy to usłyszałem: «Zatrzymaj się.»
Dostrzegłem, że tuż obok mnie parzą się zwierzęta. Przez ich spazmatyczne ruchy, brud i kołtuny, którymi były pokryte, a także własną odrazę, długo nie mogłem rozeznać na co patrzę. Wtedy to ujrzałem:
Mężczyzna uniósł ku mnie wzrok, przerywając co czynił. Nie wyprostował się jednak. Spłoszył się wyraźnie i pierzchnął z kobietą w krzewy.
«Zaprawdę, niezwykły jest twój rodzaj Synu Człowieczy. Zajęty nawet tak ważną sprawą może unieść się godnością!»
Wtedy też ogród wydał mi się nieprzyjemny. Czułem, jakby pod każdym liściem mogła kryć się nieczystość, a każdy podmuch wiatru mógł przywiać na mnie owada. Zapuszczaliśmy się jednak coraz dalej w zarośla. Myślałem wtedy jak zagadnąć istotę, by ją zawstydzić.
Wtedy usłyszałem: «Zatrzymaj się.»
Obok ścieżki przykucało zwierzę i wyraźnie skupione stąpało z nogi na nogę. Pies uniósł ku mnie wzrok, przerywając co czynił. Wyprostował się i pierzchnął w krzewy.
«Zaprawdę, niezwykły jest twój rodzaj Synu Człowieczy. Zajęty nawet tak ważną sprawą może unieść się godnością!»
- Ubliżasz mi, bo chcesz mnie pouczyć, a sam siebie lżysz tak marnie mnie ucząc! Tak, widzę, że niewiele prócz rozmachu dzieł różni człowieka od innych stworzeń. Rozmach twoich zaś, zwłaszcza tych ostatnich, zdaje się być niezrównany! Mógłbym przytoczyć połowę ludzkich dokonań, przywołać teorie uczonych, bądź jeszcze inaczej na głowię stanąć, a ty pokazałbyś mi oskubaną kurę i powiedział, że może to samo! Chcesz mi wykazać, że godność ludzka nie przewyższa zwierzęcej, bo wszystko jest marnością? Już mi to mówiono, a nie protestowałem! Cóż więcej możesz mi pokazać?
Szliśmy dalej w milczeniu, aż zjawił się przy nas wóz ognisty wraz z rumakami ognistymi.
«Chodź ze mną, a pokażę ci wiele. W swoim jednak czasie, bo widzę, że zmęczyłem twój wzrok. Posłuchaj więc, a wyjawię ci sprawniej niż byś zobaczył.»
Obaj dosiedliśmy rydwanu i wśród wichru wznieśliśmy się ku niebu. Gnaliśmy wzwyż tak szybko, że ogród prędzej zakrył się chmurami niż zniknął w oddali. Obłoki spowiły nas tak, że widziałem tylko ich kłębowisko. Nasz rydwan przecinał je, jakby był nożem garbarskim tnącym owcze runo. Niebo, które tak ciasno nas otaczało, prędko pociemniało i wypełniło się piorunami. Błyskawice skakały między obłokami o włos nieraz omijając płomienie rydwanu. Trzask gromów zagłuszał każde słowo zachwytu i przestrachu, które mogłem z siebie wtedy wydać. Dalej przepełniony siłą, podziwiałem każde wzburzenie obłoku i każdy rozbłysk, a były one niezliczone. Iskrzące bałwany syciły mój wzrok, a potężne grzmienie i dęcie wiatru zajmowały mój słuch. Chwila ta była mi rozkoszną i żadnej podobnej nie pamiętam.
«Niech twój wzrok żywo wypoczywa, a tymczasem słuchaj mnie Synu Człowieczy! Nie lękaj się gromów, bo nie zagłuszą żadnego z moich słów! Niczego co powiem gromy nie przemogą! Bystrze przemawiałeś w ogrodzie na dole. Ba! Gdyby nie moja przekora, nie zaprzeczałbym ci zupełnie! W istocie, żeby zawstydzić mnie w temacie jak drastycznie jeden gatunek różni się od reszty stworzenia, mogłeś zwyczajnie dłużej się wykłócać. Nie w tym jednak rzecz i choćbyś mi dowiódł swego, i tak bym cię wyśmiał, bowiem odpowiadałeś mi czym różnią się ludzie od zwierząt, a nie czemu mi warto byłoby was rozróżniać. Zupełnie nieistotnym jest dla mnie jakimi narzędziami przyszło ludziom poskramiać przyrodę i jak niezwykłymi są dzieła rąk ludzkich. Zachwyt nimi jest rzeczą względną, większość stworzenia ma je przecież w pogardzie. Wiesz co faktycznie jest cenne wszystkiemu co postrzega? A zaklinam, jest coś takiego!»
Nie wiedziałem, co konkretnie istota ma na myśli, dopytałem więc:
- O cóż ci chodzi? Masz może na myśli - czy jest coś powinnego wszelkiej istocie? Ludziom wydaje się, że nam konkretnie tak, ale znając twą przebiegłość wiem, że zaprzeczysz. Wszystko co postrzega zdaje się jednak mieć powinność trwania. Wszelka bowiem percepcja żyje, a co żyje stara się trwać i rozmnażać. Tak też podtrzymywane jest życie, które trwa i zmienia się by trwać. Tak mi to wykazali uczeni.
Na to istota odpowiedziała następująco, a odpowiedziała z taką mocą, że gromy faktycznie jej nie zagłuszyły:
«Zwykliście sprzeczać się między sobą co czynić należy i co jest sprawiedliwe, a robiliście to tak gorliwie, że powstali pośród was tacy co mówią: „Niech każdy sądzi według siebie co czynić należy i co jest sprawiedliwe!”. Głos podnieśli i tacy głupcy, którzy nauczają: „To należy i to jest sprawiedliwe co ludzie wokół postanowili!”. Co faktycznie należy niepoznane, a co trzeba wedle kogoś – nieistotne! Obiektywna powinność to wizja szaleńca, a subiektywna, choć odczuwalna – jarzmo niewolnika! Cóż mi z tego, że sobie postanowiłem, że to i tamto powinienem, kiedy wraz mogę postanowić coś innego? Z wartością jest podobnie jak z powinnością, obiektywnej próżno szukać, a subiektywna znajoma jest każdemu, każdy bowiem coś ceni. Wartość subiektywna jest jednak sama w sobie wiążąca, bo przecież definiuje co wolisz!»
- Ale czyż wartość nie może być oparta na powinnościach? – zapytałem. – Czyż nie cenimy męstwa, bo mężnym być należy?
«Wartość głupca – może, ale jaka w tym waga? Wyjawię ci teraz sedno mojej mowy i źródło przytomnej wartości. To, o czym zaklinałem, że jest cenne wszystkiemu, to przyjemność. Przyjemność jest bowiem nierozdrabnialną korzyścią istnienia. Warto czynić cokolwiek tylko z uwagi na końcową korzyść płynącą z aktu, a nie inaczej jest z istnieniem. Satysfakcja, jeśli tak wolisz to nazywać, to pokarm świadomości w jej najczystszej, metafizycznej postaci. Zaspokojenie głodu, tryumf nad wrogiem, bliskość przyjaciela - wszystko to może dawać zwierzęcej jaźni przyjemność, a jak się domyślasz, ty sam jesteś taką jaźnią. Po cóż żyć cierpiąc, jeśli nie dla nadziei o przyjemności, albo dla pragnienia satysfakcji z cudzej radości czy nawet krzywdy? Napominam, że nawet zbrodniarz szuka nasycenia. Ot inaczej się nasyca!»
- Masz rację w tym co mówisz. – odparłem, bo faktycznie istota przemawiała oczywistościami. – Jak ma się to jednak do tego co widziałem w ogrodzie?
«Zwierzęta, podobnie jak człowiek, podążają za swoimi instynktami i z ich realizowania czerpią satysfakcję lub doświadczają przez nie cierpienia. Zauważ, że świadomość w swym władczym aspekcie potrafi wywyższać jedne instynkty nad drugie, podobnie jak król wywyższa sprawiedliwszych ministrów – wszystko to w pogoni za przyjemnością, a w ucieczce przed cierpieniem. Jaźń człowieka zdolna jest rozsądzać w ten sposób w długich przedziałach czasowych, albo i nawet w perspektywie życia. Znaczy to, że obok poznania przyjemności i cierpienia pojmuje ona także szczęście. Miast orientować swoją jaźń na sam pozytywny bodziec lub popęd wyrażony intuicją, człowiek może z naciskiem na efektywność pokierować swe doświadczanie ku ostatecznie utrwalonej przyjemności i zredukowanemu cierpieniu – a więc ku szczęściu. To właśnie kluczowo różni człowieka od zwierzęcia – umiejętność optymalizowania postępowania w celu osiągnięcia szczęścia w dowolnym przedziale czasowym, w kontrze do orientowania się na poszczególne cele podsuwane przez popędy. Wybitniejsze ze zwierząt również potrafią wartościować postępowanie, jednak jedynie w skończonym czasie, a więc niedostępne jest dla nich planowanie ostatecznego szczęścia. Odpowiesz mi na to: A może nawet u człowieka, instynkty same kierują i zwyciężają się wzajemnie, a jaźń tylko doświadcza rezultatów? Podważyłbyś tym samym istnienie wolnej woli, o której słyszałeś od proroków, uczonych i nauczycieli, a także od myślicieli, bo też stwierdziłbyś, że to złożoność ciała definiuje wolę. Rusz więc ręką wedle kaprysu, ale drugą trzymaj na swoim miejscu, bo chociaż niebo oprzytomniało, to dalej pragnie cię pożreć!»
Ruszyłem więc ręką wedle uznania.
«Zaprawdę, przewrotne są twe kaprysy, Synu Człowieczy! To jednak chcę ci wykazać. Zupełnie bez znaczenia jest, który z twych narządów zamieszkujesz, albo skąd się bierzesz w swoim ciele, sprawa to bowiem uczonych. Obojętne też, czy to któryś z twoich zwojów tworzy świadomość, czy jest to raczej projekcja powstająca z samej ich wielkiej liczby, ponownie, sprawa to uczonych. Liczy się to, że twoja percepcja ma wehikuł, który pozwala jej doświadczać, i choćby jak naszym rydwanem, targały nim potężne, tak niewidzialne jak i jasno iskrzące wiatry, to ty zeń spoglądasz i zdajesz się trzymać wodze, które mogą powozić nim ku twojemu szczęściu. Wejrzyj na ręce, o których mówiliśmy przed chwilą! Jedną ruszałeś wedle uznania, a drugą trzymasz za wodze.»
I faktycznie, drugą ręką trzymałem za wodze.
- Odpowiadaj mi dalej. Co mi wyjawiasz jest piękne, ale wyczuwam jakby wężowy jad w twojej mowie. Przyjmujesz, że godność człowieka wynika z jego niezwykłego umysłu, który w swej złożoności umożliwia pojęcie szczęścia. Co więc jeśli umysł osoby ułomnej jest równy zwierzęcemu? Co też z dzieckiem, które pojmuje praktycznie jak zwierzę?
«Czy gorzej uczynił ten, kto rozdeptał kwiat rozkwitnięty od tego, który unicestwił kwiat rozkwitający? Podobnie sobie uczynili, chociaż tym straszniejszy czyn drugiego, że kwiat ten mógł rozwinąć się jeszcze piękniejszy od tego już rozkwitniętego! Co się zaś tyczy ludzi ułomnych: czy tobie o tym rozsądzać Synu Człowieczy? Byli tacy przed tobą, którzy sądzili kto jest bardziej człowieczy od drugiego, i zgotowali oni wszystkim wiele cierpienia, chociaż planowali sprawić inaczej. W wielu kalekich, których uważano za podobnych roślinom, tylko szczęśliwym trafem odkryto człowieka. Jeśli cenisz sobie dobro, nie waż się deptać źdźbeł, w których mogą kryć się kwiaty! Co zaś budującego jest w twojej uwadze – skoro to potencjał nadaje jakąś godność człowiekowi, cóż kiedy coś nieludzkiego go przejawia? Kiedy już będziesz mógł pojąć, wyjawię ci o tym więcej. Wiedz jednak, że jest właściwszy tytuł niż ten, którym cię teraz wyróżniam, Synu Człowieczy. Przyjdzie ci go później poznać.»
- Rozumiem. – odparłem, strzeliwszy wodzami. – Napomniałeś też, że „nawet zbrodniarz szuka nasycenia, ot inaczej się nasyca”. Czy sugerujesz, że gdybym był zbrodniarzem, powinienem popełniać gwałt na innych by sycić się przyjemnością? Jak ma się do tego umiłowanie dobra, o którym tyle słyszałem od proroków, uczonych i nauczycieli, a także od myślicieli, a słyszałem tyle, że aż czuję jakby było mi przyrodzone?
«Wiem, że słuchałeś proroków, uczonych i nauczycieli, a także myślicieli. Słuchaj jednak i mnie. Przestrzegłem cię przed szukaniem powinności i pouczyłem o przytomnym cenieniu! Dobrym nie jest to, co należy, bo tak jak nie da się dowieść co należy, nie da się dowieść co jest dobre w sensie powinności. Jeśli ktoś by ci powiedział, „to jest dobre, bo ja tak uważam” czy coś cię zmusza by go słuchać w tej sprawie? Chyba tylko kij w jego dłoni, ale kij prawdy nie zmienia! Dobro to zjawisko, którego końcowym produktem jest największa możliwa przyjemność, a najmniejsze cierpienie, jest to więc akt ostatecznie budujący. Może być też tak, a jest tak przeważnie, że czyn jest dobry względem jednego, a zły dla drugiego. I nic w tym dziwnego! Tak samo ma się to do czasu – w ramach jednego dnia pijaństwo może być bardzo dobre. Udana biesiada przysporzy wiele przyjemności w jeden wieczór, a i ujmie cierpienia. Wieloletnie pijaństwo niewątpliwie cię jednak zgubi. Wyobraź sobie teraz, że oceniasz coś jako dobre nie ograniczając się względnością. Dobro jest wtedy zjawiskiem, które w perspektywie wieczności, tworzy możliwie najwięcej nieskażonego cierpieniem szczęścia wszystkiemu co postrzega. Jest więc pełnym wykorzystaniem potencjału rzeczywistości do generowania przyjemności i możliwym zredukowaniem cierpienia. Tak też można wykazać, że chociaż nie istnieją prawdziwe powinności, to z pewnością istnieją obiektywnie dobre czyny względem każdej sytuacji.»
Widząc, że błysk chmurnych bałwanów wyraźnie słabnie, nabrałem skupienia i zapytałem:
- Co jednak, jeśli największe szczęście okupuje się wielkim złem? Znałem kiedyś starego sknerę, który trzymał swój wielki majątek i nawet proszony, nie dzielił się nim. Okradłem go więc i szybko zabiłem, by nie zdążył zasmucić się biedą. Jego pieniądze mądrze rozdałem i wykupiłem z cierpienia wielu pognębionych. Czy więc moje zło było dobrem?
Istota nie odpowiedziała od razu, ale wskazała przed siebie, ku wielkiej chmurze w oddali. Jej powierzchnia była niemal gładka, niepodobna do kłębowiska, które nas otaczało. Kiedy istota wznowiła swą mowę, cokolwiek co opisała, pojawiało się na tej chmurze, a skoro przemawiała liczbami, były to oznaczenia, wykresy i operacje na nich.
«Dobra i zła nie warto rozpatrywać jako dodanie i odjęcie, a wytłumaczę ci to następująco: w nieskończoności twoje morderstwo nie jest dobre, bo gdyby też przedstawiono je jako dobre i po wsze czasy postępowano jego schematem, wiecznie generowanoby cierpienie. Tak też zła by dobrem nie pokryto, a raczej by sprawiono, że pozostanie. Spróbuję objaśnić ci tę dynamikę jako dwie funkcje intensywności doświadczania od czasu. Dobro względem wszelkiej jaźni, generuje rzeczywistość, w której granicą funkcji wszechdoświadczanej przyjemności w wieczności jest nieskończoność, a wszechdoświadczanego cierpienia – zero. Mam przez to na myśli, że wartość doświadczanej przyjemności jest wtedy ostatecznie większa od dużej, nieujemnej liczby E, a cierpienia, ostatecznie mniejsza od małej, nieujemnej liczby . Wartości preferowane mają charakter infinitezymalny lub nieskończony. Zauważ, że swoją przyjemność względem wcześniejszej swojej przyjemności i swoje cierpienie względem wcześniejszego swojego cierpienia, jaźń może porównywać tylko jako większe lub mniejsze, a swoje cierpienie względem przyjemności, tylko jako zerowe lub niezerowe. Odnośnie sytuacji, o którą zapytałeś, miej na uwadze, że infinitezymalność ostatecznie doświadczanego cierpienia jest warunkiem koniecznym, nadrzędnym wobec generowania przyjemności w kontekście definiowania wszechdobra lub wszechszczęścia.»
Wszystko co objaśniła istota, zostało rozpisane na chmurze i chociaż rydwan nie kołysał się przesadnie, a i gromy mi nie przeszkadzały, nie byłem pewien czy wszystko pojąłem. Pomyślałem nawet, że istota pewno sama zgubiła się w swojej mowie. Dopytałem więc:
- Faktycznie masz mnie za wyjątkowego! Małpom rachunków darowałeś, a mnie nie szczędzisz! Odpowiedz mi więc na taką niegodziwość, chociaż wedle twojej rachuby – wielką sprawiedliwość. Znałem lekarza, który bardzo pożądał wiedzy. Kazał sobie porywać ludzi i ciął ich okrutnie, wyrządzając im i ich bliskim straszną szkodę. Jego ofiary wraz z rodzinami pomarły, tak że ich tragedie odeszły w niepamięć. Wiedza zaś, którą lekarz pozyskał, służyła później po wsze czasy. Mało tego! Tak obrzydliwa była jego praktyka, że następne pokolenia poprzysięgły sobie nie powtarzać jego czynów. Porachuj więc niegodziwość lekarza, którego znałem.
Nim usłyszałem odpowiedź, wykresy na obłoku przemieniły się i pokazały funkcje, z których dało się odczytać historię lekarza. Istota opisała mi je tymi słowami:
«Zważ Synu Człowieczy, że oceniasz sprawiedliwość układu, który powstał w tej sytuacji, a nie dobroć samego lekarza. Działanie, które ułożyłeś by mnie zawstydzić, faktycznie jest czyjąś obroną, jednak jeszcze wiele muszę ci pokazać, zanim pojmiesz co ona znaczy. Dobry czyn to faktycznie taki, który skutkuje szczęściem. Ale czy dobry człowiek to taki, którego czyny skutkują tylko szczęściem? Iluż pochopnie czyniących jest więc sprawiedliwymi, a iluż niezdarnych – okrutnikami? Pełną dobroci jest nie ta świadomość, która wykorzystuje cały potencjał rzeczywistości do czynienia wszechdobra, ale raczej ta, która wypełnia to świadomie – nie więc mocą przypadku, a swoją. Miłuje ona więc dobro całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem. Nie ograniczy się też do swoich doczesnych umiejętności, ale będzie je stale rozwijała, bo wtedy tylko wypełni swój potencjał. Wie też, że jeśli dobro to akt generowania szczęścia, faktycznym jej priorytetem nie jest tylko szczęście wszystkiego wokół, bo jest to jedynie produkt, a raczej dobroć sama w sobie. Takie działanie fortyfikuje bowiem wszechdobro w zmienności rzeczywistości. Człowiek dobry działa więc niczym pleśń, starając się uczynić wszystko wokół podobnym sobie. Wracając do tego, że jest to potencjał jego własny – człowiekowi daleko do wszechwiedzy i w swych sądach warto, żeby uwzględniał jej brak. Pokora jest więc nieodłącznym elementem ludzkiego sądu, bo sądząc pysznie – upadniesz, a rachuba, którą wyznaczyłem, tego nie wybacza! I faktycznie są sprawy, w których to co zwykle niegodziwe, jest najwłaściwsze. Właśnie z tego słyną wojny! Zaprawdę, wielu ludzi podobnych lekarzowi, o którym wspomniałeś, okazało się przekleństwem dla swojego pokolenia, a błogosławieństwem dla każdego następnego. Czy jednak mieli oni prawo sądzić, że ich niegodziwość będzie tą ostatnią? Może raczej naturalne, że skoro poskutkowała taką ulgą dla wielu, to tak czy inaczej zostanie powtórzona? Miej jednak na uwadze, że tacy ludzie zawsze jakby sami z siebie powstaną, a w swej pysze chcąc ich naśladować, z pewnością upadniesz! Człowiek pełen dobroci jest w trudnych sądach podobny do pewnego króla, który zmuszony przelał wiele krwi, głównie dla dobrego, lecz w pokorze nie wzniósł w swym mieście świątyni, zupełnie jakby każdy z jego śmiałych czynów był zbrodnią. Tak też jak ci wykazałem, dobro różni się od dobroci – są to dwie różne miary jaźni, a więc człowieka. Używam tych określeń naprzemiennie, wiem bowiem, że mądry rozsądzi, kiedy mówię dobry, a mam na myśli: pełen dobroci.»
Grzmiące kłębowisko i chmura, na której kreśliła istota, były już wówczas daleko za nami. Nad rydwanem rozpościerało się ciemne niebo, zupełnie przysłonięte wulkanicznym pyłem. Pod nami zaś widoczna była pustynia tak płaska i jałowa, że unoszony wiatrem popiół zdawał mi się żyźniejszy od jej powierzchni. Wtedy też rzekłem:
- Wszystko co mówisz zdaje się być składne – zgodne tak z rozumem jak i z moim doświadczeniem. Niewiele jednak wniosłeś w moje życie, skoro wprost mi powtarzałeś, że nie ma żadnej powinności, i choć wskazałeś mi związek wartości czynów i szczęścia oraz szczęścia i dobra, to nie nakreśliłeś czemu miałbym być dobry dla kogokolwiek poza sobą. Na tę chwilę czuję się pouczony, jakoby wszechdobroć była kaprysem i to wiele komplikującym. Powiedz proszę, że moje widzenie nie kończy się na tym pustkowiu! Nie zostawiaj mnie tu na śmierć z pragnienia!
«Musimy się tu zatrzymać, Synu Człowieczy. Nie myśl jednak, że cię zostawiam! Właśnie przez moją przekorę jeszcze długo z tobą zostanę i wiele ci pokażę. Spójrz! Oto na horyzoncie widzisz miasto, w którym pojmiesz niejedno! Oddaj mi proszę wodze, wiem bowiem gdzie przystanąć.»
Oddałem istocie wodze, a na horyzoncie faktycznie widziałem już miasto. Otaczało ono samotną górę i tylko tyle mogłem dostrzec. Kiedy jeszcze daleko nam było do celu, nasz rydwan zbliżył się do ziemi i zatrzymał się.
«Stąd pozostaje iść piechotą. Tubylcy przeraziliby się mnie i mojego rydwanu, bo ogień jest im szczególnie straszny. Weź więc siedem monet, które pozyskałeś mi w ogrodzie i wybierz się do miasta. Zakup tam najobszerniejszą i najczarniejszą szatę jaką zobaczysz i przynieś mi ją, bym mógł się szczelnie zakryć. Sobie też spraw godniejsze przyodzienie, a masz na to wszystkie monety, które ci zostaną. Oba okrycia wybierz spośród szat dla tych, którzy zniewalają - wejdziemy bowiem między ludzi, którzy takie noszą.»
- Uczynię, jak mówisz, ale proszę, daj mi wody, bo czeka mnie długa droga przez pustkowie. Właściwie już teraz czuję się spragniony. – odparłem, bo faktycznie zaschło mi w gardle.
«Nie mam ze sobą nic do picia. W samym mieście też się raczej nie napijesz. Jego mieszkańcy mają niezwykle mało wody, bo ziemia, na której mieszkają, jest sucha. Każdą studnię wykopaną kiedyś w okolicy, dawno już zamieniono w grobowiec, bo tylko do tego się nadawała. Wszystko, co ci ludzie piją, pochodzi z nieba. Poi ich deszcz, który też bardzo rzadko tu pada. W dodatku nasiąka on popiołem spod chmur i trzeba się wiele natrudzić, aby go uzdatnić. Tarasy wieży, która unosi się nad miastem, służą do zbierania wody, a mury budowli przesączają ją i przechowują. Wznosi się też wieżę ku chmurom, aby sięgnąć tego, co miejscowi kaznodzieje i uczeni nazywają wodami nad sklepieniem. Ci pierwsi wierzą, że nad obłokami unosi się ocean słodkiej wody, z którego to przez specjalne praktyki można się napić, a drudzy wnioskują, że musi się tam znajdować jakiegoś zmyślniejszego rodzaju źródło, ku któremu warto wznosić wieżę. Jeszcze długo zajmie, zanim budowla sięgnie nieba, stąd też woda jest tu nadzwyczaj cenna, a wręcz utożsamia się ją ze szczęściem. Nie licz, że ktoś z miasta uraczy cię choć kroplą, ale nie martw się, bo zaprawdę, powiadam ci: Jeszcze dziś będziesz ze mną pił wodę. Idź już, a gdy wrócisz, skończę ci objaśniać, czemu warto mi rozróżniać cię od zwierza.»
Istota wręczyła mi nasze złoto i ruszyłem w stronę miasta. Chwilę wahałem się czy nie zawrócić i nie dopytać jej o to przedziwne miejsce. Poznałem ją już jednak wystarczająco, by wiedzieć, że we właściwym temu czasie wszystko mi objaśni. W trakcie mojej wędrówki odczuwałem dotkliwą duchotę i bardzo się pociłem. Szczęśliwie, popielne chmury przysłaniały słońce na tyle, że mnie nie parzyło. Choć powietrze było jakby bure, to światła było w nim na tyle, że widziałem wszystko jak za dnia. Prędko też spostrzegłem, że góra, którą zobaczyłem nad miastem, jest wieżą, o której wspomniała istota. Budowla ta była tak wysoka, że prawie sięgała nieba.
Droga upłynęła mi zaskakująco szybko. Zajmowało mnie rozmyślanie nad tym wszystkim, co już zdążyłem tego dnia zobaczyć. Dużo uwagi poświęciłem też wszystkiemu co widziałem w oddali. Najciekawszym co udało mi się dostrzec były rozbłyski przywodzące na myśli wybuchy wulkanów i najpewniej były one czymś podobnym. Na krajobraz tej okolicy składało się właściwie tylko płaskie pustkowie i rozpościerające się przede mną miasto. Przez otwartą, niestrzeżoną bramę, dostrzegałem niezbyt okazałe budynki, których było bardzo wiele. Wieża, która znacząco nad nimi górowała, była przedziwna. Wznosiła się ku niebu na kształt stożka. W ramach jej bryły dało się dostrzec najróżniejsze gzymsy, kolumnady, łuki i fasady. Każdy detal z osobna prezentował się na niej surowo i bardzo pragmatycznie, ogólnie wieża wyglądała jednak majestatycznie. Co też w wieży zadziwiało, to że gdy patrzyło się na nią jako całość, zdawała się być jednolicie wzorzysta, z każdym filarem tak samo odmierzonym. Dopiero wejrzenie na któryś z jej stoków lub poziomów, ukazywało jakby osunięty labirynt, a że z obrębu miasta nie dało się objąć jej wzrokiem, to tak właśnie ją postrzegałem.
Wchodząc między budynki, bardzo szybko dostrzegłem ich mieszkańców i z miejsca się ich wystraszyłem. Wszyscy z nich wyglądali bowiem jak martwi. Ich ciała były tak brunatne jak ziemia, po której stąpali albo jak domy, w których mieszkali i jak wieża, w której cieniu żyli. Skóra zwisała na nich upiornie, otulając zeschłe mięśnie porozciągane na szkielecie. U każdego z tych ludzi bardzo wyraźnie odznaczały się kości twarzy, a u niektórych dało się nawet zauważyć braki w uzębieniu mimo zamkniętych ust. U co skąpiej ubranych, mogłem odróżnić wszystkie żebra, piszczele i kości przedramion. Dzieci od ich rodziców odróżniałem po wzroście, a starców poznawałem po ich przygarbieniu. Kobiety od mężczyzn rozróżniałem po stroju, a po dłuższej obserwacji mogłem nawet zgadnąć, kto z przechodniów uchodzi za urodziwego. Prędko też spostrzegłem, że mieszkańcy miasta pozdrawiają się między sobą, rozmawiają, a nawet wspólnie bawią. W tej też chwili przestałem się ich bać i pojąłem, że są mi podobni. Z następną chwilą przyszło mi zrozumieć jak potworna była to refleksja. Spojrzałem bowiem na swoje ręce. Były wyschnięte i pociemniałe, a moje palce przywodziły na myśl paliczki nieboszczyka. Prędko obmacałem swoją twarz, by stwierdzić, że jakąkolwiek jędrność zachowały tylko gałki moich oczu. Cały też przeraźliwie schudłem. Miałem od tej pory wrażenie, że szeleszczę i trzeszczę z każdym krokiem, chociaż w porównaniu do przechodniów, wciąż wydawałem się sobie postawny i nawodniony. Kiedy oswoiłem się już ze sobą i z innymi, byłem gotów zapytać kogoś o sprzedawcę odzienia. Prędko jednak sam natknąłem się na targowisko. Najbliżej siebie widziałem stragany garbarzy i rzeźników, którzy oprawiali zwierzęta. Jedno stoisko szczególnie przykuło moją uwagę, a było to zadaszenie, pod którym ułożono ciało wielkiego gada. Ubite zwierzę wyglądało imponująco, a rzeźnicy musieli mieć problem z wkrojeniem się w jego łuski, bo widziałem jak bezradnie biją w nie tasakami. Minąwszy tę część targowiska, natknąłem się w końcu na stragany obwieszone ubraniami i zrazu podszedłem do stoiska z obszernymi płaszczami.
- Witaj, bądź pozdrowiona. – zwróciłem się do handlarki, bo takie przywitanie zasłyszałem u przechodniów. – Szukam dwóch szat dla takich, co zniewalają. Pierwsza z nich, chciałbym, żeby była możliwie najobszerniejsza i najczarniejsza. Druga jest dla mnie, a szukam dla siebie godniejszego przyodzienia.
Handlarka odrzekła mi:
- Witaj, bądź pozdrowiony przybyszu. – nazwała mnie przybyszem, bo po moim stroju poznała, że jestem z daleka. – Mam tu czarną szatę, dla kogoś kto zniewala. Kosztuje ona dwie złote monety przyzwoitej wagi. – prędko wyciągnąłem zapłatę i pokazałem jej. Na widok złota rzekła:
- Faktycznie jesteś z daleka, bo pierwszy raz widzę te monety. Tak czy inaczej, miło mi je poznać! Musisz mieć ich wiele, skoro tak ochoczo je wymieniasz. Spójrz jeszcze na tę szatę, jest ona dużo godniejsza od wszystkich, które mam.
Kobieta pokazała mi obszerny płaszcz, cały fioletowy i mieniący się. Pokrywał go wzór, który przedstawiał gęstwinę rąk i oczu. Przymierzywszy go stwierdziłem, że mimo jego objętości, jest bardzo wygodny i przewiewny. Zapytałem więc:
- Ile by mnie kosztował ten płaszcz?
- Co najmniej cztery twoje monety. Widzisz przecież, że jest piękny! Wzór popularny, a materiał sprowadzany z daleka, krój też nietutejszy. – odparła kobieta. - Mam też komplet ozdób z metali, bez którego płaszcz wyglądałby niepełnie, wszystko w egzotycznej konwencji!
Zawahałem się, ale przypomniałem sobie, że mam na tę szatę wszystkie monety, które mi zostały. Wytargowałem pierwszy i drugi płaszcz wraz z ozdobami z metali za w sumie siedem złotych monet. Pozdrowiłem handlarkę i oddaliłem się z powrotem w stronę, z której przyszedłem. Nie żałowałem swojego nabytku, bo nowe odzienie bardzo mi się podobało. Wciąż mnie jednak zastanawiało kim są ci, którzy zniewalają i kim ja jestem, by nosić ich szaty. Łatwo wróciłem do bramy, którą wcześniej wkroczyłem do miasta i domyślając się, że istota wyjdzie mi naprzeciw, wyszedłem w głąb pustyni. Tak też się stało. Spotkałem istotę i pozdrowiłem ją:
- Witaj, bądź pozdrowiony. Mam dla ciebie najobszerniejszą i najczarniejszą szatę jaką zobaczyłem i sobie też sprawiłem godniejsze przyodzienie.
«Witaj, bądź pozdrowiony, Synu Człowieczy! Pokaż mi głupca, który powiedział, że nie szata zdobi człowieka! Mogłem i sobie zażyczyć lepszego stroju, bo pewno teraz łatwiej ci będzie mnie zawstydzić. Wiedz jednak, że dobrze wybrałeś. Nie chcę abyśmy się przesadnie wyróżniali, będziemy jednak i pośród takich, wśród których wyglądać przeciętnie, znaczy się wyróżniać. Zapewne zadziwili cię ludzie, których spotkałeś. Są oni tobie bardzo podobni i nie odbieraj tego jako obelgę. Nie macie jednak wspólnego przodka, nie płynie w was nawet kropla krwi wspólnego ojca. Nie macie też wspólnej matki.»
Na te słowa odparłem:
- Czy mówisz, że po prawdzie nie są to ludzie? Wyglądają nie tak różnie od nas, mieszkają w podobnych warunkach i parają się podobnymi zajęciami, a mówią dokładnie jak my! Nawet wymieniają się złotem, o czym przecież wiesz!
«Czyżbyś miał zamknięte oczy w ogrodzie i zatkane uszy w chmurach? Jest to mało istotne kim właściwie są i od kogo pochodzą. Podobnie jak wy, dzięki sprawnym umysłom, pojmują koncept szczęścia, a także wiele innych abstrakcji. Jeśli to cię konkretnie ciekawi, a wiem, że tak jest, to w istocie różnią się od zwierząt w ten sposób, o którym rozmawialiśmy. Świadectwem tego jest wieża, którą budują. Faktycznie, wznoszą ją, aby pomóc sobie przetrwać. Chroni ich ona przed ogniem z nieba i wiatrami, a także jak już wspomniałem – gromadzi wodę. Ci, którzy ją wznoszą robią to, aby uczynić życie w mieście lepszym, i w tym właśnie przejawia się największa godność człowieka, o której jeszcze ci nie powiedziałem. Nawet jeśli fałszywie ci wywiodłem jego różnicę od zwierzęcia, i w istocie jest on tak samo prowadzony przez popędy jak inne stworzenia, to jest on od nich po wszech miar użyteczniejszy. Złożoność jego woli lub popędów daje bowiem taki skutek, że człowiek może organizować się wokół dowolnie wybranego celu, tak aby samodzielnie lub wspólnie go realizować. Co ważne, może on pojąć, że aby prędzej osiągnąć jakieś zamierzenie, winien się sam ku temu doskonalić, nie tylko przez samą praktykę, ale na wszystkie dostępne mu sposoby. I chociaż człowiek czyni to z ogromnym rozmachem, mógłbyś mi tu wypomnieć, że są zwierzęta, które i to w jakimś stopniu robią. Tylko człowiek jednak, w złożoności swego umysłu, naturalnie łączy potencjał do organizowania się wokół wybranego celu oraz do doskonalenia się w realizowaniu go i rozeznanie dobra i zła, w taki sposób, że przewyższa wszystko inne. Jest on istotą o największym pod Słońcem potencjale dobroczynienia, nie tylko przez skalę, ale i kategorię deklasyfikującą resztę stworzenia. Doszedł on bowiem do poziomu zaawansowania myśli, w którym może sobie obrać za warte kultywowania dobro nie tylko względem siebie, czegoś lub kogoś, ale względem wszystkiego! Wy jedni nadajecie się na panów stworzenia, bo tylko wy możecie je całe umiłować! Gdyby bowiem najszlachetniejszemu bykowi, albo delfinowi, albo lwu, albo psu powierzyć władzę nad wszystkim co jest i czego nie ma, to nawet wtedy nie zbawiłby świata, a uratowałby tylko tych, których popędy kazałyby mu miłować, bo tylko tyle starczyłoby mu zrozumienia. Syn Człowieczy zaś, ponownie, nieistotne czy przez własną wolę czy popędy, może umiłować wszystko i tej też miłości zawierzyć całą swoją wielką władzę, która to jest największą pośród zwierząt jemu znanych, a ma ona związek z jego rozumem. Chodzi w tym zwyczajnie o to, że tylko wy możecie to wszystko pojąć i temu podołać, liczy się tu więc tylko potencjał. Z tego właśnie tytułu człowiek jest wartościowy dla całego podobnego mu stworzenia i sam dla siebie – gdyby zawierzyć mu wieczność i choćby najmniejszą sprawczość, nawet najsłabszy mógłby wyratować świat. Powiesz jednak, a co, jeśli pośród zwierząt powstałyby takie, które podzielają ten potencjał? A co ze stworzeniami, które budują wieżę? Czy z miejsca nie nazwałeś ich ludźmi? Jedna jest ułomność tego co ci tak długo wykładam i oto kładę jej kres. Wspomniałem ci, że istnieje właściwszy tobie tytuł niż ten, którym cię wyróżniam i zataiłem go, Synu Człowieczy! Jest to Obraz! Jesteś Obrazem i tak też Obrazem jest wszystko, co może zorientować się na czynienie świata doskonałym! Przez doskonałym mam na myśli wypełnionym wolną od cierpienia wszechprzyjemnością, której granicą w nieskończoności czasu jest nieskończoność! A taka możność wynika z tego, że Obraz może sobie postanowić, aby wobec wszystkiego wyrażać dobroć i wciąż się w tym doskonalić. Tak więc życie Obrazu ma ogromną wartość, bo jeśli jego rzeczywistość mu na to pozwoli, ma on potencjał wytworzyć niepojęcie wielkie szczęście. Jeśli tylko ofiaruje mu się wieczność i stosowną moc, będzie zdolny tego dokonać poprzez współpracę z niespokrewnionymi, nieznanymi a nawet znienawidzonymi! Mało tego, nie jest on wielce wart tylko sam dla siebie, bo przecież i całemu stworzeniu może intencjonalnie przysparzać szczęścia! Tym właśnie sposobem można wykazać wartość życia ludzkiego wobec wielu istot i tak też ja postrzegam twoją. Nie argumentuj tak jednak przeciw wygłodniałym bestiom, bo cię nie usłuchają. Od tej pory, jeślibym cię nazwał Synem Człowieczym, a tak też będę cię nazywał, wiedz, że robię to tylko z własnej przekory. Pamiętaj też, że wśród mieszkańców miasta są tacy, którzy sami siebie nazywają Obrazami i ci konkretni rozumieją to wyróżnienie. Każdy jednak z tubylców nazywa sam siebie człowiekiem i ty ich tak nazywaj, jeśli taka twoja wola. Ja zaś jak ich nazywam zachowam dla siebie. Dla uproszczenia będę o nich mówił jako o ludziach.»
- Co mi odpowiadasz jest piękne, brzmisz jednak jakbyś nie znał ludzi. W istocie wygląda to wszystko jak mówisz, mamy potencjał pojąć to o czym wykładasz i gdyby tylko pobłogosławiono nam wiecznością, wszechmiłością i zatwardziałością, którą to byśmy zdobyli wszechmoc, to uczynilibyśmy świat doskonałym. Nam wszystkim, a także każdemu z osobna, brakuje jednak każdej z tych rzeczy.
«Czyżby, Synu Człowieczy? Jeśli sądzisz, że człowiek jest podobniejszy zwierzęciu niż Obrazowi, to przemawiaj, bo zamieniam się w słuch. Czyń to jednak po drodze, a jeśliby cię stawianie kroków rozpraszało, to przystawaj z każdym słowem. Mamy bowiem sporo czasu, jednak mam ci też jeszcze wiele do pokazania.»
Ruszyliśmy więc w drogę i prędko odpowiedziałem mu:
- Postaram się nie przystawać, ani nawet nie zwalniać. Jeśli zaś ciebie przez moje słowa najdzie taka potrzeba – przysiądź sobie. Otóż uważam, że jako ludzie jesteśmy upadli. Mam przez to na myśli, że popędy chociaż popychają nas i do dobrych i do złych rzeczy, to gdybyśmy się im w pełni oddawali to faktycznie przypominalibyśmy zwierzęta, a nazywalibyśmy się wzajemnie barbarzyńcami. Dzięki wodzom naszej woli, faktycznie możemy nakierować się na sprawy światłe i dla reszty stworzenia niepojęte. Ostatecznie jednak, każdy z nas ma pragnienia wrodzone i wpojone, którym ulega albo też w końcu ulegnie, choćby i trzeba by go ku temu poddać katuszom. Co się zaś tyczy wszechmocy i zatwardziałości, przez którą można do niej dojść - właściwie cofam swoją wątpliwość. Zgaduję, że w mieście, do którego zmierzamy, podobnie jak u nas, dochodzi do sporów i zbrodni, a może i nawet do wojen. Widzę jednak, że mimo tego wszystkiego, wieża pnie się ku niebu, a jej wierzchołek jest już bardzo wysoko. Ale choćby w mieście znalazło się dziesięciu, dwudziestu, trzydziestu, czterdziestu, czterdziestu pięciu albo i pięćdziesięciu sprawiedliwych, a ich wieża sięgnęłaby nieba, to jak pokonają śmierć? Choćby i nawet im się to udało, uczeni przecież już nam wyliczyli, że światu przyjdzie się kiedyś skończyć. Gdzie w tym nieskończoność? Zrozum, że wedle twej rachuby, nie ma człowieka, którego los nie byłby zepsuty. Przecież każdy popełnił zło choćby najmniejsze, którego skończoność nie wymaże!
«Zaprawdę, słuchałeś proroków, uczonych i nauczycieli, a także myślicieli. Zaczynam dostrzegać, że słuchasz i mnie. Wiedz, że trafnie mnie dopytywałeś i dałeś prawdziwe świadectwo swej bystrości nie myląc przy tym kroków. Zapewniam cię jednak, że to pustkowie nie udzieli ci moich odpowiedzi, a skrywa je dopiero miasto, które jest przed nami. Wybacz więc, że nie usiadłem by cię w skupieniu wysłuchać, ale chociaż przesadnie się nam nie spieszy, to warto żebyśmy w końcu dotarli do wieży.»
Szliśmy więc dalej przez pustkowie. Dzięki temu jak bardzo byłem już wtedy wyschnięty, parnota nie męczyła mnie jak wcześniej. W międzyczasie istota przywdziała swą szatę. Schowała się pod nią cała jej moc, a czerń szaty kryła ją tak dobrze, że istota wydawała się jakby postawnym cieniem. Kiedy weszliśmy do miasta pomyślałem, że obaj wyglądamy bardzo gustownie i nie byłem w tej myśli osamotniony. Zdarzało się bowiem, że niektórzy przechodnie sami z siebie nas pozdrawiali. Jako że zmierzaliśmy w stronę wieży, natknęliśmy się na targ, na którym już byłem. Rozległy plac ciągnął się aż do jej fundamentów, pod którymi to zebrały się wielkie tłumy, a wszyscy zgromadzeni wpatrywali się w postacie, które pozajmowały miejsca na różnych podwyższeniach. Każda jedna była różna od drugiej i wszystkie zdawały się też przemawiać o innych rzeczach. Wołacze unosili ręce i wyciągali je do ludu, a z rękawów ich szat wylatywały ptaki i owady. Jedni mówiący wskazywali w dół, inni na boki, spora większość na ukos, a niektórzy celowali w niebo. Każdego ręka była jednak zauważalnie przechylona, a prostopadle ku popielnym obłokom wskazywała tylko wieża. Jako, że widok na nią przysłaniały chmary latających stworzeń, nikt ze zgromadzonych na nią nie spoglądał, chociaż mogło być też tak, że wszystkim z nich już ona dawno spowszedniała i dlatego nikt się nią nie zachwycał. Im bardziej przyglądałem się samym mówcom, tym przewrotniejsze spostrzegałem popisy. Jeden z nich nawet sporządził sobie żelazne rogi i bódł nimi powietrze, a tłum go do tego zagrzewał. Na ten widok zagadnąłem istotę:
- W ogrodzie sądziłem, że co do żartów które wolimy, nie ma między nami zgody. Muszę ci jednak przyznać, że zabrałeś mnie w wesołe miejsce! Co możesz mi o tym wszystkim powiedzieć?
«Trzeba ci wiedzieć, że dla istot tu zgromadzonych woda jest największym szczęściem, a szczęście jest im tożsame z wodą. Jeślibyś się wsłuchał, o niej głównie przemawiają wołacze. Nie musisz ich zanadto słuchać, bo dzisiaj to ja ciebie pouczam. Spójrz na ich ręce, bo to one zdradzają wszystko o ich mowach. Ci, którzy wskazują ku dołowi, nauczają by cieszyć się cieczą, która to spadła już na ziemię. Pogardzają wizjonerstwem i brawurą, chcą raczej godnie podzielić to, co już znalazło się w ludzkim zasięgu. Wołacze, którzy swoje ręce wyciągają równolegle do ziemi, to wichrzyciele i podżegacze. Twierdzą oni, że nasycenie można osiągnąć tylko kosztem innych. Ci inni bowiem albo ukradli komuś jego wodę, albo mają jej w niezdrowym nadmiarze, dlatego też mierzone jest w nich palcami. O tych, którzy pokazują pod wyraźnym skosem, powiedziałbym, że błądzą. Mierzą niby ku niebu, a więc ku wodom nad jego sklepieniem, w istocie wskazują jednak nad głowy, które im przeszkadzają. Część z nich wskazuje też ku samej wieży, jakby to jej cegły były prawdziwym źródłem wody. W istocie, na jej tarasach zbiera się sporo deszczu, a w fundamentach znajduje się trochę wilgoci, nie jest to jednak nic podobnego temu o czym nauczają wskazujący wyżej ku niebu, pośród to których najwięcej jest pragnących wód znad sklepienia. Usłyszeli oni od swoich proroków, albo to po własnej intuicji i objawieniach stwierdzili, że nad wulkanicznym pyłem, który przysłania tę krainę, musi unosić się ocean słodkiej wody, o którym śnią. Nijak nie potrafią oni dowieść swego, jednak wielu się ich słucha. Spora część budowniczych wieży wychowała się w naukach właśnie tych ludzi, chociaż inspirowali ich też uczeni, którzy to sugerując się deszczem, również upatrują wilgoci nad pylistymi obłokami. Zważ jednak, że żaden z tych wołaczy nie wskazuje w najprostszej linii ku niebu, każdy z nich bowiem wskazuje pod lekkim kątem. Co mnie najbardziej bawi, to jak wielu z nich podnosi rękę tak, że jest ona do zbocza wieży symetrycznie nachylona. Ci wołacze mają za sobą ceglane stopnie, które prowadzą pod niebo, a wolą upatrywać schodów w powietrzu! Kąt ich wskazywania i jego komiczny kierunek wynika najpewniej z tego, skąd biorą oni swe tezy, a biorą je właśnie z powietrza! Cóż z tego, że niektórzy z nich tak bardzo cenią sobie rozum, kiedy u podstaw tak mocno nim pogardzają!»
- Kogo więc ty słuchasz? – zapytałem.
«Nie znasz nawet mojego imienia, a chcesz wiedzieć od kogo przychodzę? Wiedz, że nie słucham nikogo spod wieży i tobie też tego odradzam. Urzeka mnie jednak wizja ogromu czystej wody, który to kojarzy mi się z wszechszczęściem, o którym cię pouczyłem. Z pewnością wyczytałeś już z mojej mowy, że uważam, iż stopnie wieży zaprowadzą nas najbliżej sklepienia, tak więc to ich powinniśmy się trzymać.»
- Brzmisz jakbyś chciał tych ludzi zarazem pochwalić i potępić. Czy taka jest twoja myśl?
«Moja myśl jest taka: Ci, którzy pragną czystej wody znad sklepienia, z pewnością nie powinni słuchać tych, którzy chcą ją zbierać z ziemi. Nie wszyscy ze spragnionych mają jednak silne nogi by wejść po stopniach wieży i nie wszystkim dano rozum by ją pojąć. Wiedz, że ogrom pracy na niej wykonują ci, którzy zupełnie nie rozumieją jej konstrukcji, ale są przy tym bardzo spragnieni. Dostawiają doń cegieł właśnie dlatego, bo ktoś wskazał im w przybliżeniu, w którą stronę mają je układać, by zbliżyć się do czystej wody. Nie można jednak o nich powiedzieć, że są architektami, albo że mają na takowych zadatki. Ci, którzy przyjmują na siebie większą odpowiedzialność, muszą opierać swoje plany na miarach, rachubie i rozumie, a nie na słowach kaznodziejów.»
Wypowiedziawszy te słowa istota zaczęła torować sobie drogę przez tłum i dała mi znak żebym za nią podążał.
«Skoro zbliżamy się do wołaczy, wejrzyj na jeszcze jeden przezabawny detal. Wielu z nich chociaż wystawia rękę ku ziemi lub niebu, to palcem wskazuje w zupełnie inną stronę! Zostawmy już jednak to widowisko, bo wiele się zeń nie dowiemy. Miast dogłębnie tłumaczyć ci stronnictwa spod wieży, wtajemniczę cię we wszystko co jest na niej. Jedno jest poważne rozróżnienie między ludźmi pod wieżą, a tymi na niej. Ci, którzy mieszkają pod nią, pozyskują wodę kierując się instrukcjami wołaczy, ci z jej zbocza - nadziejami uczonych. Jedni więc postępują wedle tego co należy, a drudzy względem tego co warto. Na tym kończy się ich zasadnicze rozróżnienie. Wielu bowiem spośród tych, których widzisz na placu, ma swój udział we wznoszeniu budowli, zwyczajnie akurat zajmują się innymi sprawami. Ci, których spotkamy na górze, albo faktycznie żyją jakby na niej mieszkali, albo po prostu teraz coś na niej robią. Liczni są tam i tacy, którzy wdrapali się na nią w niecnych celach, ale takich i im podobnych będziemy przeważnie omijać. Chcę cię bowiem pouczyć o szczęściu, nie o cierpieniu. To drugie cię samo o sobie nauczy, a przecież jego mądrości cię nie ominą! Wracając zaś do prawideł, które wyznają ci, których spotkamy – większość budowniczych wznosi wieżę z niewielką refleksją, a często nawet najzdolniejsi z nich mają jej niewiele. Musisz wiedzieć, że to właśnie wśród wznoszących wieżę można spotkać najbystrzejsze umysły. Są to najczęściej ludzie twardo stąpający po ziemi, chociaż tak bardzo chcący się od niej oddalić! Może właśnie dlatego budują górę, a nie mechaniczne ptaki? Co się zaś tyczy tych, którzy sami siebie pytają, po co stawiać wieżę – pojmują oni zagadnienia takie jak wartość, szczęście i dobro tak jak cię pouczyłem. Zrzeszają się oni głównie w trzy stronnictwa, które skupiają ich wokół wspólnego zrozumienia wszechrzeczy. Plemiona te żyją we względnym pokoju i wspólnie pracują nad budowlą. Dzieli je głównie wzajemna nieufność i uszczypliwość, a polega to na tym, że zależnie od relacji ich poglądów, stronnictwa przezywają się nawzajem od ograniczonych lub od szaleńców. Funkcjonalnie, ich cel jest jeden, a motywy są dla nich kwestią osobistą. Jeśli jednak chciałbyś pobudzić ich do wojny, skłóć ich w sprawach technicznych, a wiedz, że rzucą się sobie do gardeł, nie bacząc nawet na stronnictwo! Każde bowiem stronnictwo i niejeden budujący ma swoje sekrety, które to zachowuje dla utrzymania swej pozycji. Wracając do ich formalnych podziałów: Budowniczy zrzeszają się w największych liczbach pod sztandarami Płomienia, Jutrzenki i Obrazu Pana. Ci, którzy do nich przynależą nazywają się kolejno Płomykami, Córkami i Synami Jutrzenki oraz Obrazami Pana. Wszystkie stronnictwa są zgodne co do relacji Synów Człowieczych wobec bogów, jednak inaczej postrzegają oni swój stosunek do wszechrzeczy. Niewłaściwym byłoby powiedzieć, że zasadniczo się w tym różnią. Zwyczajnie jedni bardziej roztrząsają tę sprawę od drugich. Skoro już dotarliśmy do celu, zdejmij sandały z nóg, gdyż budowla, na którą wchodzisz, jest święta.»
Skoro istota skończyła przemawiać, zdjąłem sandały i ruszyliśmy po ceglanych stopniach w górę. Zdziwiło mnie, że nikt nie pilnuje budowli, którą nazywa się świętą. Bardziej jednak zastanowiły mnie pewne sformułowania, których użyła istota.
- Czy dobrze usłyszałem, że wspomniałeś o bogach? Prędzej bym się ich spodziewał w mowie wołaczy! Ty, który wytykasz wszystko, co nie wynika z rozumu, prowadzisz mnie między takich, którzy kłaniają się bogom? Faktycznie widziałem pod wieżą idole, nie sądziłem jednak, że dziś je jeszcze gdzieś indziej zobaczę! Co też chcesz mi ukazać? Czy ujrzę dziś olbrzymów? Może pokażesz mi takich co przepowiadają przyszłość albo przywołują ogień z nieba?
Istota odparła mi co następuje:
«Mówiłem ci przecież, że pokażę ci dzisiaj wiele! A zaprawdę, powiadam ci, pokażę ci na tej wieży wszystko co wymieniłeś: bogów, olbrzymów, a także takich co przepowiadają przyszłość i przywołują ogień z nieba. A poznasz ich wszystkich w takiej kolejności, w jakiej z nich drwiłeś! Powstrzymaj więc swój język, bo nie w porę odgadniesz jeszcze inne dziwy. Teraz słuchaj, bo przedstawię ci czym są bogowie! Pojmiesz istotę woli i władzy, naturę zwierzchności tego świata i ich stosunek do człowieka. Śmiej się więc do woli, a ja poczynam ci tłumaczyć. Drwij, a ja ci będę objaśniał!»
Tak też istota ciągnęła swoją mowę, a ja słuchając jej, wpatrywałem się w wieżę. Podziwiałem najróżniejsze jej gzymsy, kolumny, łuki i fasady. Chociaż wcześniej wydawały mi się raczej surowe, teraz sprawiały wrażenie bardzo dynamicznych. Zacząłem nawet odnosić wrażenie, że konstrukcja się chwieje! Budowla, która na początku wydawała mi się majestatyczną, teraz wzbudzała we mnie niepokój. Wieża w żaden sposób nie wyglądała już na regularnie wzorzystą. Labirynt jej murów jakby zabulgotał. Przetarłem oczy ze zdumienia i spojrzałem w bok, gdzie też po raz pierwszy zobaczyłem jednego z budowniczych. Uderzał on młotem w potężny głaz, rzeźbiąc w nim sześcienny blok. W tej właśnie chwili obłęd powrócił do moich oczu. Głaz przesunął się ociężale, a spod niego uniosła się wielka, pokraczna łapa. Tak szybko jak się uniosła, spadła, miażdżąc pod sobą robotnika. Zbladłem i rozejrzałem się w przestrachu. Moim oczom ukazały się rzeczy tak przerażające, że nabrałem pewności, iż zaraz zginę. Całe odcinki murów scalały się i obsuwały, a gigantyczne bloki, które je podtrzymywały, wypełzały przed nie, albo poprawiały się w miejscu. Każdy z tych potężnych stworów, którymi okazywały się fragmenty wieży, miał po cztery, ledwo odstające łapy, ciało o kształcie głazu i głowę trzymaną blisko przy ziemi. Wyglądały więc jak ropuchy różnych rozmiarów, od paskudztw wielkości cegiełki, po monstra rozmiarów baszty. Pokrywała je gruba skóra, której zwały luźno opinały ich masywne ciała. Najstraszniejsze były jednak ich łby - ludzkie twarze topornie wyciosane w skale. Powieki na ich oczach były zrośnięte i wyglądało to tak jakby bestie poruszały się we śnie. Paszcze miały potężne, trzymane zamknięte, lecz zdolne do rozwarcia się szeroko. Widziałem bowiem jak ropuchy pożerają budowniczych, a także siebie nawzajem. Każdy ich ruch, czy to przemieszczenie, czy atak na coś innego, był ospały i czyniony jakby od niechcenia. Czułem, że podłoże pode mną się trzęsie, musiałem więc stać na jednej z ropuch. Planując ucieczkę, spojrzałem w dół, pod fundamenty wieży i w wielką trwogę wprawiło mnie to, co przy nich ujrzałem. Pod budowlą przetaczały się bowiem potwory tak wielkie, że nawet największe z tych na wieży nie mogły się z nimi równać. Porzucając więc ucieczkę w stronę ziemi, spojrzałem ku górze, a moim oczom ukazały się rzeczy tak przerażające, że utwierdziłem się w przekonaniu, iż zaraz zginę. Nad ciałami ropuch wiły się węże tak ogromne, że ich sploty przysłaniały niebo. Ich skóra także była gładka i gruba, a i łby miały podobne – o zamkniętych oczach. Wężowe powieki od ropuszych różniły się tylko tym, że miast sklejone w biernym grymasie, były raczej pełne furii, zupełnie jakby bestie mordowały we śnie. Ich paszcze były zupełnie inne – co chwilę się rozwierały i kłapały bardzo łapczywie. Spod paszczy każdego węża wystawały łapy, które upchnęłyby do jego gardzieli wszystko, co próbowałoby się z niej wymknąć. Węże o tyle bardziej przerażały mnie od ropuch, że polowały drapieżnie, upatrując sobie ofiar i goniąc je po wieży. Nie zważając na swoje długie tułowie, przygniatały nimi nieszczęśników, którzy to akurat nie przykuli uwagi ich wygłodniałych łbów. Nie tylko to, co widziałem, przepełniało mnie trwogą – o ile ropuchy tylko porykiwały, tak węże wysykiwały słowa – w większości niezrozumiałe, te jednak, które dochodziły do moich uszu, były obrzydliwe. Pod moimi nogami zaroiło się od małych żmij, które to kąsały mnie po kostkach i łydkach. Strzepywałem je z siebie i deptałem, walcząc o życie. Kiedy już zrezygnowany wejrzałem wysoko ku niebu, w końcu przyjąłem, że zaraz zginę. Nad głowami węży unosiły się skrzydlate stwory o przeróżnych kształtach. Wszystkie z latających bestii, niezależnie od rodzaju, potrafiły mówić. Ich opuszczone powieki wyrażały zaciekłość, a ich paszcze nie zamykały się. Zewsząd dało się słyszeć skrzeczenie o najróżniejszych dziwactwach, zupełnie jakbym znów znalazł się pośród wołaczy. Zawzięcie otrzepywałem się ze wszystkiego, co na mnie spadało i próbowało pogryźć. Czułem, że przegrywam i przejmował mnie coraz większy strach. Błądząc wzrokiem w powietrzu natknąłem się na wściekłe, przymknięte ślepia skierowane prosto w moją stronę. Były to powieki ogromnego węża, który postanowił mnie pożreć. Wtedy poznałem – teraz zginę. Jego paszcza rozpędziła się ku mnie rozwarta, gotowa by połknąć mnie całego. W tamtej chwili istota skończyła przemawiać i tłumaczyć mi co widzę. Stanęła przede mną, chwyciła za poły swych szat i rozwarła je przed bestią. Wtedy to buchnął wielki ogień. Płomieniste języki rozlały się po ciele węża tak, że sparzony musiał uciec w swoje sploty. Gdy tylko ogień przygasł, istota z powrotem okryła się szatą. Z tą chwilą kłębowisko stworzeń zniknęło z moich oczu. Właściwie od tej pory, kiedy spoglądałem na bryłę wieży, nie byłem pewien na co patrzę. Raz bowiem widziałem cegły, a innym razem potwory. Raz spoglądałem na mury, kątem oka widząc ruch czegoś wielkiego, innym razem podziwiałem potężne bestie, wiedząc, że wokół siebie mam kamienie.
Obłęd, którego przyszło mi doświadczyć, pozostał ze mną jeszcze długo, podobnie jak słowa istoty, które padły podczas jego trwania. A brzmiały one następująco:
«Słuchaj więc, Synu Człowieczy! Twój rodzaj ma w zwyczaju upatrywać we wszystkim co napotyka podobieństwa do czegoś już mu znanego. Tak też łatwo dostrzegacie kształty w gwiazdach, zwierzęta w chmurach, czy twarze w skałach. W czasach, kiedy dopiero zaczęliście wywyższać się nad wszelkie stworzenie, nie znaliście świata, który was otaczał i nie pojmowaliście jeszcze ścieżek rozumu. Nie rozumieliście co dzieje się w głuszy wokół was i jakie są myśli stworzeń. Wiedzieliście za to wiele o własnych sprawach i zwyczajach, bo też z nimi mieliście najwięcej do czynienia. Tak więc gdzie tylko wasze poznanie nie sięgało, badaliście wszystko własną miarą. Niebo zwykło się na was gniewać, las mógł wam złorzeczyć, a ziemia czasem wam błogosławiła. Wasze życie zależało od tych sił i naturalnie zapragnęliście je sobie zjednać. Zaczęliście do nich mówić, kajać się przed nimi, a nawet składać im ofiary, tak jak to robiliście między sobą. Siły zaś nie słuchały was, nie litowały się nad wami i nie cieszyły ich wasze ofiary. Czemu? Bo przemawialiście do nich swoimi zwyczajami! A czy tak samo przemawia się do łodzi jak przemawia się do rybaka? Albo czy tak samo jedna się z obcęgami jak jedna się z kowalem? Twoi przodkowie na to nie zważali i dalej upodabniali sobie przyrodę, tworząc idole. Nie tylko więc zaczęli sądzić, że morze jest zdolne oszaleć, albo że niebiosa są przepełnione chucią, ale też orzekli, że mądrość dzierży włócznię, a słońce dosiada rydwanu! A powiadam ci: bożki pogańskie to srebro i złoto, dzieło rąk ludzkich. Mają usta, ale nie mówią, mają oczy, ale nie widzą. Mają uszy, ale nie słyszą i nie ma oddechu w ich ustach. Podobni są do nich ci, którzy je robią, i każdy, co w nich ufność pokłada. Uczeni z czasem to nawet poznali i więcej nie tworzycie sobie idoli. Ale czyżby? Widzisz, z tym co ci właśnie przytoczyłem, w większości się zgadzam i przyznaję, że twój rodzaj bywa przewrotny na rozumie. Czy jednak aż tak szalonym jest upatrywać we wszechrzeczy podobieństwa do siebie samego? Wszystko bowiem, łącznie z wami, na jedną wszechrzecz się składa, a wyodrębniacie z niej rzeczy tylko po tym, że od jednego czegoś czymś się różnią, a drugiemu czemuś są podobne. Upatrujecie właściwości, której nazywany przedmiot nie dzieli z całą resztą, a w jego nazywaniu sugerujecie się tym co przypomina! Zanim więc wyjawię ci w czym faktycznie przypominacie bogów, którzy istnieją, to zdradzę ci miarę boskości! Starożytni zwykli nazywać swoich królów bogami, a swych bogów – królami, a czynili to w swojej mądrości. Jedna bowiem rzecz łączy status boski i królewski – oba wynikają z władzy i w istocie do niej się sprowadzają. Władza zaś, to nic innego jak zdolność twojej woli do stanowienia rzeczywistości. Przykładowo, masz władzę przesunąć kamień, a ktoś inny ma władzę przesunąć górę. Który z was jest bardziej boski? Zwykliście mawiać zabobonnie, że bogowie wyróżniają się tym, iż są nieśmiertelni, ale również sprowadza się to do tego o czym mówię, bo taka ich właściwość znaczyłaby, że mają śmierć w swej mocy! Przechodząc zaś do tego, co łączy Synów Człowieczych z siłami tego świata - czyż dominacja nie jest znaczącym aspektem waszych poczynań? Czy to nie w niej upatrujecie wielkiego szczęścia? Czy to właśnie nie przez władzę, wynikającą z waszego sprawnego rozumu, wywyższyliście się nad resztę stworzenia? Wejrzyj na własne zwyczaje, a pojmiesz prędko jak wiele z nich opiera się na władzy i podległości. Przechodząc do sedna sprawy – ludzie, przez sam fakt, że istniejecie, definiujecie rzeczywistość, w której się znajdujecie. Czynicie to chociażby w taki sposób, że zajmujecie swoimi ciałami jakąś przestrzeń. Mi zaś chodzi konkretnie o sprawczość waszej jaźni, bo to nią w końcu jesteście. Co sobie postanowicie, możecie zrealizować przez swoje członki, jeśli tylko jest to w waszej mocy. Kształtujecie więc rzeczywistość wokół siebie wedle zasad własnego postępowania. Podobnie działają wszelka materia i formy tego świata. Są one w końcu tym, co go definiuje, a wiedz, że definiować znaczy to samo co rządzić! Zapytałbyś: Gdzie wola w siłach tego świata? Czy coś martwego może pragnąć? A czy umiesz dowieść, że twoja rzeczywistość jest faktycznie taka albo inna, czy raczej dowodzisz jak rzeczywistość się funkcjonalnie jawi? Tak też powiadam ci, że martwe rzeczy mogą się jawić jakby czegoś pragnęły. Nawet wasi uczeni, tłumacząc swoje arkana, czasem mawiają, że coś lubi się z czymś, więc się przyciąga, albo że jedno nie lubi drugiego, więc się odpycha. Wola bogów różni się jednak od ludzkiej. Wiedz, że jest jakby jednowektorowa i niezachwiana, a są nią zwyczajnie zasady, które można przypisać konkretnemu zjawisku, w określonych okolicznościach. Przykładowo: wolą ognia jest płonąć, gdy dostarcza się mu paliwa, a gasnąć, gdy mu go braknie. Piorun pragnie dotrzeć do ziemi, kiedy tylko ma jak do niej przeskoczyć. Góra zaś życzy sobie stać, a gdybyś spróbował ją przesunąć, to z pewnością poznałbyś tę wolę. Poczułbyś także wolę pioruna, gdybyś stanął na jego drodze, a byłoby nią zniszczenie! Podobnie ogień chętnie by cię pożarł, gdybyś tylko się doń zbliżył. Czymś co podzielają wszystkie te siły jest właśnie miara boskości. Przykładowo, woda może stanowić jezioro lub morze. W mocy jeziora jest uśmiercić nieuważnego, a morze pochłonie i walczący okręt! Widzę, że jesteś zajęty widokiem, więc ponownie zapytam za ciebie: Wszystko to składne, po co jednak nazywać siły bogami, skoro uczeni radzą sobie i bez tego? Zwierzchności o których do teraz mówiłem, sam właściwie bogami nie nazywam – mówię o nich ropuchy. Zdają się być bezmyślne i nie przejmować się sprawami człowieka. Ich wielkie tułowie mogą miażdżyć, a paszcze pożerać, jednak krzywdzą przez to tylko ciało, a jak ci przykazano, obawiaj się raczej tego, który może i duszę zatracić! Wprawdzie są one najpotężniejsze pośród sił, jednak prędzej czy później większość z nich, jeśli nie wszystkie, złoży pokłon Synowi Człowieczemu, a już wiele z nich to uczyniło! Łatwo jest je przechytrzyć i zawładnięcie nad nimi, bardziej przypomina pasienie trzody niźli utarczkę z myślącym bytem. Pytam ja siebie: Czemu warto je tak pogańsko nazywać? Otóż przez takie ich postrzeganie, jak łowca postrzega bestię, można zupełnie inaczej zagrzewać się do ich poskramiania. Nazywanie sił przyrody bestiami, chociaż nieznacznie przydaje się badaczom ich natury, wiele może dać komuś poznającemu relację człowieka z wszechrzeczą, chociażby tobie. Dużo bardziej znamienne jest to jednak w przypadku węży, które chętniej nazywam bogami, bo chociaż miarą boskości znacznie ustępują ropuchom, tak mają dużo więcej do czynienia ze światem ludzi. Bardziej przypominają także bogów, w których ludzie zwykli wierzyć. Mówię tu o instynktach, popędach i pragnieniach – wszystkim tym co w człowieku zwierzęce, a przenika do jego jaźni niby jad. Są podobne do ropuch, w końcu to od nich się wywodzą, znają jednak wasze zwyczaje, bowiem to one na wskroś je ukształtowały. Są waszymi panami i póki przypominacie zwierzęta, w pełni się od nich nie uwolnicie. Skoro im służycie, musicie im składać ofiary – zadowalać je i ugłaskiwać, inaczej popadniecie u nich w niełaskę i zemszczą się na was okrutnie. Swoje Pragnienie musicie sycić wodą, a Łaknienie – strawą. Potrzebie Przynależności poświęcacie często własną godność, a Chuci – wszelkie człowieczeństwo. Siły te często działają na waszą korzyść, w końcu wiele z nich zrodziło się po to, by podtrzymać was przy życiu. Wasze szczęście jest im jednak obojętne, a nawet szkodzi ich władzy – człowiek spełniony nie goni ślepo za swoimi żądzami. Dlatego też bogowie ci są podstępni niczym węże, którymi są. Choćbyście takiego nasycili, to zaraz będzie on łaknął więcej i tak do waszej zguby. Zanim jednak jednego ciebie w całości pożre, wielu innych ucierpi, bo potwór taki, panując nad człowiekiem, na nic nie zważa, a tylko na ślepą żądzę, którą to sam jest. Tak więc widzisz czemu to węże chętniej nazywam bogami – są okrutne i przebiegłe, a także żywią się ofiarami. Starożytni często nie umieli odpowiedzieć, na cóż bogom ofiary, bo czy aby nieśmiertelni muszą jeść? Muszą, by wzrastać w swej władzy! Za ofiary, które składasz swoim żądzom, nagradza się ciebie przyjemnością. Węże za to wzrastają przy tym w swojej władzy, coraz silniej zaciskając swe sploty wokół ciebie i wokół wszystkiego, na co twoja osoba ma wpływ. Wiedz bowiem, że tak jak ty przez władzę nad jednymi siłami możesz kontrolować inne, tak też mogą bogowie! A jakaż jest lepsza zwierzchność do poskromienia niż ta, której pisane zawładnąć wszystkimi innymi? Mówię tu o człowieku! Tak też wiedz, że żądze poprzez władzę nad Synem Człowieczym mogą poskramiać innych bogów i przez jego członki sprawować swą władzę. Czym więc karmią się popędy? Naturalnie, zależy to od każdego z osobna, jednak wspólną im ambrozją jest wszystko to, w czym sam człowiek dostrzega wartość. Kiedy bowiem ktoś oddaje żądzy to, co warto ażeby było mu bezcenne, wiedz, że jest on jej niewolnikiem. Taka ofiara szczególnie cieszy potwora, bo daje mu dowód, że jest panem nie tylko ciała, ale i duszy. W każdym manifestuje się wielu takich bogów i zupełnie jak w opowieściach starożytnych, walczą oni o władzę. Im więcej ludzi ich karmi, tym bliżej im do panowania nad światem, a więc bestiami. Tutaj już sam winieneś poznać użyteczność nazywania tych sił bogami. Jak mawiali starożytni: By poskromić demona, musisz wpierw poznać jego imię! Składacie bowiem ofiary demonom, które nawet bardziej są nimi niż bogami! Tak też, jeśli kogoś krzywdziłyby jego własne popędy, a każdemu się to przytrafia, może on bardzo sprawnie rozpoznać swojego ciemiężyciela, posługując się przy tym określeniami, o jakich mówię. Może też wyważyć jak bardzo jest mu poddany, mierząc jak cenne ofiary mu składa. Przecież właśnie dzięki pomiarom można coś dokładnie opisać! Jeśli imponuje ci to, o czym słyszysz, a myślę, że bardziej przeraża cię to, co dzięki mnie widzisz, to powiem ci jeszcze o stworach latających. Są one najprzebieglejsze z duchów i najpodobniejsze człowiekowi, są to bowiem dzieła jego rąk i języka. Mówię tu o ideach, ustalonych porządkach, całych ich systemach i wszystkiemu innemu co funkcjonuje tylko jako projekcja ludzkiej jaźni. Mówi się o nich potocznie, że są urojone. A czy coś takiego może kształtować rzeczywistość i kierować człowiekiem? Jak najbardziej! Bogowie uskrzydleni z samej przyrodzonej mocy, są najsłabsi. Ich władza jest bowiem w pełni uzależniona od tego, jak bardzo udało im się spętać ludzki rozum. W pełni z niego wygnane niemal zupełnie nie istnieją i nie mają żadnej mocy, poza możnością uaktywnienia się wobec obecności jaźni. Ich siła ma jednak tę właściwość, że opiera się na tym co odróżnia człowieka od zwierząt. To te stwory bowiem decydują, które popędy człowiek stara się powstrzymać, a którym daje się nasycić. Słuchałeś proroków, uczonych i nauczycieli, a także myślicieli, wiesz więc jak wielu z nich zachęcało do powściągliwości, a powiedziano ci nawet: Jeśli twoja ręka lub noga jest dla ciebie powodem grzechu, odetnij ją i odrzuć od siebie! Idee jednak same są nienasycone i łakną ofiar, a są w tym bezlitosne! Kto by dał się im zniewolić, nazywa się fanatykiem, a największej chwały upatruje on w tym, by urzeczywistnić to, co wyznaje. I chociaż mogłoby się zdawać, że to żądze mają nad człowiekiem większą władzę, to wejrzyj na wojny jakie toczyli ze sobą ludzie. Zwyczajne, a więc te, które zaspokajały pragnienia władcy lub ludu, bywały bardzo krwawe. Te jednak, które toczyły się przy tym o prawdy wiary i wyznawany porządek, nazywa się najkrwawszymi. Ideały, tak jak już wspomniałem, pragną władać żądzami i aby sprawnie jedne poniżać, często wywyższają inne. Tak właśnie postępują władcy! Dostrzegłeś też z pewnością różnorodność latających stworów. Wszyscy bogowie są od siebie różni, jednak ci z pewnością cię tym wręcz szokują. Jako ciekawostkę powiem ci, że te o ludzkich ciałach nazywa się upiorami. Kiedy bowiem człowiek umiera, ginie również jego jaźń i nie ma ona już wpływu na świat. Jego uśpione oblicze zostaje jednak wśród żywych, a przecież niejeden król wydawał wyroki zza grobu! Wracając do ogółu – skrzydlaci bogowie żywią się ofiarami podobnie do węży, z tą jednak różnicą, że w swych błogosławieństwach są dużo bardziej szczodrzy. Ślepo oddając wszystko swoim żądzom prędko upadniesz, zaś zatracając się w ideałach, które wyznajesz, długo będziesz wznosił się ku górze – przepełniać cię będzie duma i zaskarbisz sobie szacunek. Skrzydlaci bogowie mogą wymóc uznanie nawet na twoich wrogach. Podsumowując moją mowę o latających bestiach, chociaż zdają się one najmniejszymi spośród wszystkich, w swej faktycznej potędze wywyższyły człowieka nad wszelkie stworzenie i z nim jako sługą pragną wznieść się nad wszelkie bóstwo. Pomyśl o Mamonie! Wymieniłem ci już jak rozróżniam bogów, a że widzę, iż jeden z nich ostrzy już na ciebie kły, pokrótce podsumuję swoją mowę: Skrzydlaci bogowie zrodzeni są z węży, a wijące się zwierzchności – z bestii. Ropuchy definiują prawa wszechrzeczy, węże popędy tego co żyje, a skrzydlate stwory panują nad ścieżkami wszystkiego co myśli. Chociaż część z nich może wydawać się dobrymi, jak deszcz w suszę, matczyna miłość czy umiłowanie pokoju, każde z nich może cię w końcu zgubić. Nie są one bowiem Obrazami – poza pewnymi wyjątkami, same w sobie nie mają potencjału ani woli by cieszyć się i czynić świat doskonałym. Bogowie pragną tylko wedle tego, jak przyszło im definiować co znajduje się w ich mocy. Miarą zaś ich boskości jest władza. Można więc rzec, że bogowie są z natury źli i tylko w wybranych okolicznościach prawdziwie sprzyjają człowiekowi. Są jednak od tego wyjątki i pouczę cię o nich dużo później.»
Podziękowałem istocie za ratunek i dopytałem, o rzeczy, których nie dosłyszałem, a w czasie, kiedy o nich słuchałem, wznowiliśmy już naszą wędrówkę ku górze. Ułożywszy sobie treść wszystkiego co mi powiedziano, odrzekłem:
- Jednego tylko nie pojmuję – dla jednej rzeczy nie mam zrozumienia: Przemawiasz do mnie figurami, barwnie opisujesz mi świat, tak jak to czynią poeci i pieśniarze. Porównujesz najzwyklejsze rzeczy do bogów, a związane z nimi sprawy zestawiasz z pradawnymi zwyczajami. Moje uszy nie usłyszały więc nic nowego, bo też język poetów jest mi znany, ale tego co ujrzały moje oczy nigdy nie zapomnę. Wyjaw mi, jaka jest waga tego co powiedziałeś i jak to co widziałem ma się do miejsca, z którego pochodzę, skoro nie widziałem tam ani takich ropuch, ani takich węży, ani bogów skrzydlatych.
«Słyszę, że zupełnie nie pojmujesz tego co usłyszałeś i nie masz zrozumienia tego co zobaczyłeś. Nazwałem siły tego świata bogami i argumentuję takie stanowisko nie po to, aby cię zabawić, albo by upiększyć twoje postrzeganie wszechrzeczy. Moją intencją jest raczej pogłębić twoje jej zrozumienie. Widzisz, mowa to narzędzie ułomne, tak że kiedy ty mówisz jedno, inny rozumie drugie. Temu jednak między innymi służy, by twoja jaźń mogła wytworzyć sobie zrozumienie rzeczy, które postrzega, aby też sprawniej mogła z nimi interagować. Dlatego bardzo pomocne są słowa i wyrażenia, które w swej zwięzłości opisują konkretnie całe zjawisko, ze wszystkimi jego niuansami. Tak też wykazałem ci, że warto nazywać siły tego świata bogami, bo obrazuje to znaczną część ich natury względem człowieka. Mógłbyś mi zarzucić, że przecież te same właściwości mogę opisać językiem, do którego przywykłeś. Taką mową mógłbym również objaśnić ci czym jest ta narośl, którą masz na twarzy. Mówię o tej, która rozszerza się ku dołowi, czasem nieznacznie się porusza i ma w sobie dwa otwory – znajdują się one u jej dołu i są rozmieszczone symetrycznie. Właściwie cała ta narośl jest symetryczna – względnie. Zdajesz się wpuszczać weń i wypuszczać z niej powietrze, ale mogę się mylić, bo robisz to także ustami. Chcę ci zakomunikować, że masz na tej części swego ciała owada, chyba też właśnie cię żądli. Zaprawdę powiadam ci, nazywaj rzeczy po imieniu, bo ich imionami jest przecież to, co w danej chwili najużyteczniej je wyróżnia! Co faktycznie było pieśniarstwem w mojej mowie, to jak rozróżniłem duchy: porównałem je z ropuchami, wężami i skrzydlatymi potworami. Bogowie jednak to bogowie i warto znać ich właściwości, które to przerastają artystyczne zrozumienie. Domyślasz się też może, że po stokroć bardziej to co zobaczyłeś było poetycką wizją, niż to co usłyszałeś było mową pieśniarza. Powiedziałem już, bogowie to bogowie, a ukazano ci ich jako maszkary, Synu Człowieczy, by dotarło to do ciebie z wielką mocą. Wiedz bowiem, że mowa, symbole, skojarzenia i znaki to coś, czym zaklina się człowieka. Na bogów one nie działają! W czym miałby wiatr obawiać się uniesionej pięści albo czemu miałby się sztorm zlitować na widok białej flagi? Czy śmierć zważyłaby na trofea wojownika, którego zabrała? Czy wygłodniały lew usłuchałby szlochów ofiary? Tak więc niech śmieszne wydadzą ci się wszystkie zaklęcia i uroki, o których dotąd wiedziałeś! Władać mową i znakiem można tylko nad człowiekiem, chyba że przez osobę, albo zmuszonymi do tego siłami poruszyłbyś ducha mówionym rozkazem. Pamiętaj, że wolę każdego boga wyznaczają zasady, wedle których definiuje on co tylko może. Zgodnie więc tylko z tymi regułami, możesz się z takim porozumieć, chyba, że zrobisz to przez inne siły. Jeśli słowa i symbole faktycznie w jakiś sposób pozwalają ci zaklinać duchy, to przez nazywanie ich i przez pomoc w obejmowaniu ich rozumem. Liczby są w tym niezwykłe! Co zaś jeszcze tyczy się twojej wizji: z pewnością zauważyłeś, że wszystko co tylko mogłeś objąć wzrokiem, zmieniało się w potwory. Jeśli nawet coś wyglądało ci zwyczajnie, wiedz, że ciała kreatur, które to tworzyły, były tak liczne i rozdrobnione, że ich zwyczajnie nie dostrzegłeś. Z definicji boga, która skraca się do „cokolwiek kształtujące jawiącą się rzeczywistość” wynika, że każdej rzeczy można przypisać boskość. Choćbyś nawet pomyślał o czymś czego nie ma – to czego nie ma definiuje już twoje myśli. Może ci się to wydać absurdem, jednak wcale nim nie jest. Jest to bowiem opisywanie wszechrzeczy od strony duchowej, a więc jaka jest jej relacja z twoją świadomością. Podobnie, kiedy opisujesz świat przez pryzmat fizyki, niemal nieskończenie możesz się rozdrabniać. Do absurdów maleńkości nazywa się rzeczy materią czy falami. Tak też, również, kiedy rozumujesz ponad fizyką, absurd, dopóki nie przysłania prawdy, jest tylko estetyką. Jak niezależnie od skali nazywasz siłę siłą i jest to poprawne, tak nie bacząc na rozmiary, możesz nazywać wszystko bogami. Nie ma jednak sensu mocno rozdrobnionych skał określać kamieniami, bo chociaż w istocie nimi są, mówi się o nich „piasek”. Nie potkniesz się o jego ziarnko i nie rozbijesz sobie nim głowy, a przynajmniej byłoby to bardzo trudne. Tak też, jako że i skala czyni funkcjonalne różnice, to nie warto nazywać czegoś o znikomej władzy bogiem – moc tego czegoś bowiem nie wyróżnia. W kontekście mistycznym warto więc mówić o wszystkim jako o duchach – termin ten ukuli starożytni, a używali go oni czasem naprzemiennie z bogami – to bowiem tylko różni ducha od boga, że nie ma on wielkiej władzy. Możesz nawet przyjąć i to będzie właściwsze: duch jest bogiem tylko wtedy, gdy ma możność realizowania całej swojej woli. Tak więc duch jest bogiem, kiedy czyni wszystko to, co chce. Skoro znów wspomniałem o starożytnych, powtórzę ci jaki był ich błąd w poznawaniu bogów – mierzyli ich oni w zupełności swoją miarą, jakby nie zważając, że byty te nie są ludźmi. Stąd też składali im tak śmieszne ofiary i służyli idolom, które to były dziełami ich rąk. Od dnia dzisiejszego, wszystkich bogów, których dotąd znałeś, będziesz nazywał idolami, bo choćby nawet któryś z nich nie miał bałwana ze złota, to on sam jest bałwanem z myśli. Można go więc nazwać bogiem skrzydlatym. Wiele innych spraw starożytni określili właściwie i przyjdzie ci się o tym przekonać wyżej na wieży. Co jednak ja sam określam: Tak jak na indywidua w świecie materialnym istnieją uniwersalne określenia, tak w przestrzeni ponad nim mówi się o duchach. A jest to przestrzeń ponad, bo nawet jeśli jakiś uczony wskazałby coś co istnieje, a nie jest ani materią, ani siłą, ani falą, ani czymś podobnym, to wciąż będzie można to nazwać duchem. Czy już pojmujesz?»
Upewniwszy się po raz ostatni z wielu, czy aby na pewno mój nos uniknął użądlenia, zapytałem:
- Pojąłem już to, co mi umknęło. Zrozumiałem już co chciałeś mi przekazać. Jedno jeszcze mi objaśnij: Czemu niektóre bestie pożerały siebie nawzajem na moich oczach?
«Z jednej strony jest to wyraz tego, że bogowie wojują między sobą, wzajemnie wypierając się z rzeczywistości. Z drugiej zaś jest to wyraz ich szerszej natury. Duchy funkcjonują obok siebie, wspólnie z siebie wynikają, a także łączą się w inne. Tak jak możny służy królowi, tak fale morskie podlegają wiatrom. Podobnie jak dziecko rodzi się z matki, nienawiść powstaje z krzywdy. Na kształt składników, które razem tworzą miksturę, niezgoda i pretekst czynią wojnę. By lepiej zobrazować ci do czego dążę, powiem ci co następuje: Tak jak o wszystkim możesz powiedzieć wszechrzecz, a więc określić wszystkość przez pryzmat jedności, tak też możesz przez wieki wymieniać co się na wszystkość składa. O zupie nie musisz przecież mówić woda, marchew, cebula, przyprawy i drób, ale jeśli chcesz - możesz. Rzeczywistość pojmowaną jako jeden porządek, definiowany wedle swoich zasad, warto nazwać wszechrzeczą. Każdy jeden bóg, którego wyodrębniasz, jest duchem, który zawiera się we wszechrzeczy, a akurat się z niej przed tobą wyłania. Tak więc porządek boski rządzi się zasadami emanacji. W zależności od obserwatora, duchy funkcjonują obok siebie, z siebie nawzajem powstają, a nawet łączą się w jedno lub przemieniają. Jeden duch jest bogiem drugiemu albo drugi duch jest bogiem pierwszemu. W tym wszystkim chodzi właśnie o obserwatora! Objaśniłem ci właśnie zjawisko emanacji, a więc definiowanie różnych instancji w oparciu o to, jak w danym momencie jawią się świadomości. Z pozoru rodzi ono sprzeczności, bowiem umożliwia określanie rzeczy przeciwnościami, zapewniam cię jednak, że uczeni od wieków myślą właśnie w ten sposób. Przykładowo, jeśli uderzając kogoś czekanem otworzysz mu czaszkę, to lekarz inaczej opisze to zjawisko od badacza materii. Lekarz będzie mówił o uszczerbku na zdrowiu, a badacz materii – o zderzeniu niesprężystym, tak więc w zależności od perspektywy, ten sam fenomen zostanie zupełnie inaczej opisany. Odnośnie pozornych sprzeczności, jeśli głaz stoi za drzewem i stwierdzisz jak jest, a następnie obejdziesz głaz z drzewem i powiesz odwrotnie, to w obu przypadkach masz rację, chociaż powiedziałeś odwrotnie. Wracając do tego o czym mówiłem przed chwilą, może przyszło ci do głowy, że wszechrzecz, wypadkową zwierzchności tego świata, można postrzegać kobieco. Nie zarzucaj mi sprośności! Wszystko się z niej bowiem wyłania, jakby się rodziło, a dzieje się to tak jakby ciało powstawało z ciała o tej samej naturze. Niegłupio więc pojmować wszechświat jako Matkę - powstałeś z niej i żyjesz przy niej. »
Zdziwiła mnie bardzo ta mowa, bo wybrzmiała bardzo bałwochwalczo, a przecież istota dotąd stroniła od wszystkiego co nierozumne. A czyniła to do tego stopnia, że choćby nawet mi czegoś dowiodła, to sama sobie w tym nie ufała. Odrzekłem więc:
- Przedziwnie przemawiasz. Wyrażasz się zupełnie jak poganie! Słyszę od ciebie opowieści, które powtarzano nie tylko w pradawnych pałacach, ale i w jaskiniach! Wytłumacz mi proszę, czemu miałbym oddawać cześć martwym rzeczom i wyrażać się o nich z takim szacunkiem, by do którejś mówić Matko?
Istota odpowiedziała mi:
«Chyba nie zwracasz się do mnie! Czy ja ci gdzieś powiedziałem, żebyś szanował te bestie? Czy podajesz krzewowi rękę albo kłaniasz się drzewu na powitanie? Kiwasz przed chorobą? Po cóż miałbyś robić to wszystko? Choćbym i nazwał słońce twoim królem, opluj je i zwymyślaj! Wiedz bowiem, że chociaż wszechrzecz ciemięży wszystko co tylko jej doświadcza, to twojemu rodzajowi pisane jest w końcu się wyzwolić! Pojmij, że nie mówię tu o proroctwach starożytnych, a o nadziejach uczonych.»
Rozmyślając o pouczeniu istoty rozglądałem się wokoło. Wieża wydawała mi się teraz budowlą tajemniczą i groźną. Wizje wciąż mnie prześladowały, a wiedziałem, że nie są tylko omamami. Na rusztowaniach i elementach budowli widziałem bowiem wielu martwych budujących – tak padniętych z wycieńczenia, jak poległych w wypadku lub rozszarpanych. Im wyżej się znajdowaliśmy, tym ludzie mieli dziwniejsze ubiory. Niektórzy nawet nosili szaty podobne do naszych. Czyżby więc to oni byli tymi, którzy zniewalają? Na myśl przychodziły mi także inne pytania. Przemówiłem więc:
- Jeśli mnie pamięć nie myli, wspinamy się po wieży, nie po górze. Czemu więc wchodzimy po jej zboczu, a nie po schodach wewnątrz?
«Zbocze to droga dla tych, którzy tylko korzystają z wieży, albo ręcznie dokładają do niej cegieł. Chociaż przechodzimy przez pewien labirynt, nie jest to dla nas problemem – wystarczy bowiem iść w górę. Wiedz jednak, że wnętrze wieży przeznaczone jest tylko dla tych najbardziej rozumnych pośród budujących – to oni się przez nie wspinają i w nim pracują. Czasem wychodzą zdziałać coś na zboczu i są to właśnie ci, którzy widzisz, że noszą szaty podobne do naszych. To oni najbardziej pojmują konstrukcję budowli, a wiedz, że żaden z osobna nie pojmuje jej w pełni. Skoro więc nawet oni gubią się w ścieżkach, które budują sami dla siebie, my się tam nie zapuszczajmy.»
- Kim więc są ci ludzie? Czy są to ci, którzy zniewalają? – zapytałem.
«W istocie. Pouczę cię teraz o budowniczych wieży, a opowiem ci o nich przez pryzmat tego, jakie są ich relacje z bogami. Z pewnością dostrzegłeś, że monument, po którym stąpamy, jest zbudowany z duchów, a te właśnie można zaklinać z pomocą innych ich rodzaju. Dokładnie tak, jak by przeciągnąć wóz potrzebujesz wołu, a do poruszenia statku przydaje się wiatr. Wszystko bowiem jak wiesz jest duchami, a więc gdy twoja jaźń działa, postępuje co najmniej przez ducha, który ją podtrzymuje – mam na myśli twoje ciało. Tak też każdą cegłę przybytku, po którym stąpamy i każde narzędzie, które coś w nim zdziałało, można nazwać duchem. Wiedz, że z duchami możesz żyć w relacji, a więc we wzajemnym oddziaływaniu na siebie na jakichś zasadach. Skoro rozmawiamy o bogach, relacje te opierają się na władzy i uległości. Sam lubię formy tego współżycia postrzegać przez pryzmat trzech postaw, które to znam ze starożytnych opowieści. Możesz je sobie bardziej rozdrabniać, twoja w tym wola. Ja cię tylko pouczam, jakie nazewnictwo daje, według mnie, proste zrozumienie sprawy. Określam więc Obrazy, bo ich to wszystko się tyczy, gorliwcami, czempionami lub teurgami, w zależności od ich stosunku do danego boga. Względem jednego można być gorliwcem, aby całej reszcie być teurgiem. Również przez niebycie czempionem jednemu, można nie być teurgiem prawie żadnemu. Wszelkie kombinacje są możliwe, a decyduje o nich moc względem czegoś. Wiedz, że taki podział przydaje się temu, aby sprawniej określać pozycję swojej jaźni w świecie. Na wojnie pozycja jest kluczowa, a przecież mówiłem ci, że twój rodzaj buntuje się ciemiężcom! Chcę, żebyś widział o czym przemawiam. Chodźmy więc szukać gorliwców!
Nie musieliśmy błądzić, bo kiedy tylko dojrzałem przed sobą większy taras, istota nakazała mi przystanąć, schować się za jedną z kolumn i zza niej obserwować. To co zobaczyłem, przeraziło mnie. Zanim jednak pojąłem co widzę, doszedł do mnie śpiew, a niósł on pieśń pochwalną. Z niezliczonych gardeł wybrzmiewały słowa uwielbienia, w każdym jednak głosie, który to dał się słyszeć, wyczuwalne było pewne utrapienie. A oto co ujrzałem: Na podwyższeniu powyżej tarasu siedziała ogromna bestia. Był to bóg skrzydlaty, a całe jego ciało było ze szczerego złota. Z jego potężnego grzbietu wyrastały skrzydła, niewielkie przy jego posturze. Był on bowiem tak otyły, że zwały jego tłuszczu przypominały półki skalne w górze z kruszcu. Jego rogate oblicze wykrzywiało się w szyderczym grymasie, a ilekroć pogrzebał w swoim sadle, by coś z niego wyciągnąć, straszliwie rechotał, i to co z siebie wyciągnął - wyrzucał pod siebie. Były to najróżniejsze przedmioty, w tym złote monety. Przed każdym sięgnięciem w swoją tuszę, schylał się wpierw niezdarnie po coś z ziemi i pakował to sobie do paszczy. Mimo tego, że jego oczy były zamknięte, wiedziałem, że pod błyszczącymi powiekami kryje się nienasycenie. Na tarasie, który to rozpościerał się pod nim, przebywał wielki tłum ludzi. To od nich unosiły się śpiewy. Grali oni na trąbach i bili w bębny. Wszyscy tam zgromadzeni, a także budowniczy pracujący na pobliskich zboczach, spoglądali w stronę maszkary i tego co znajdowało się pod nią. Ci najbliżej niej, kłaniali się jej nisko, tarzali się po ziemi, rozrywali swe szaty a nawet siadali w popiele i posypywali sobie nim głowy. Przed bogiem znajdowało się palenisko, w które ten sięgał po przedmioty do pożarcia. Przy ołtarzu, którym to z pewnością był ten ogień, stał dostojny człowiek. Był on bardzo dobrze ubrany, a jego złote wisiory promieniały odbitym blaskiem płomieni. Wyglądał on przez to, jakby sam płonął. Ludzie podchodzili kolejno do jego paleniska, by oddać mu przedmioty, które wnieśli na taras. Przez swą suchość bardzo bali się ognia, a widocznie tylko dostojny człowiek umiał się z nim obchodzić. Podchodzący upadali na twarz, a następnie z wielką czcią podawali mu co mieli w rękach, a były to najróżniejsze dary: od skór, przez złote naczynia, po nawet tak cenną tutaj wodę w dzbankach! Dostojny człowiek układał to wszystko na ołtarzu, unosił ręce ku górze i wołał do bestii, aby ta pochyliła się po strawę. Kiedy zaś poczwara sypała pod siebie stosowną zapłatę, ten łapał wszystko w swoją obszerną szatę. Po każdym łapaniu przedmiotów i monet, część z nich odkładał do skrzyni, którą to miał przy boku, a to co zostało w połach jego płaszcza, oddawał osobie, która przyniosła ofiarę. Ogarnąwszy to wszystko wzrokiem, odezwałem się do istoty:
- Pojmuję, co chciałeś mi pokazać. Bestia, skrzydlaty bóg, którego widzę, to Mamona, o której już mi wspomniałeś. Ma ona znaczną władzę nad człowiekiem przez swoją użyteczność i chciwość jaką wzbudza, dlatego też jest tak wielka. Co do Chciwości, to spostrzegłem nawet wielkiego węża, który wyleguje się za ołtarzem, niby pies u nogi swego pana. Ludzie, którzy przynoszą Mamonie dary, to gorliwcy. Widzę, że są oni bardzo strudzeni i co trzymają - oddają z żalem. Mamona zaś, przyjmując ofiary w ogromnych ilościach, robi to z wielkim lekceważeniem. Widziałem nawet jak przyjąwszy ofiarę, tylko rechocze ani myśląc dać coś w zamian! Monetami zaś albo przedmiotami, które upuszcza, dzieli się także z pogardą. Żre z kolei tyle, że zdaje się tyć na moich oczach! Wnioskuję więc z całości tego co widzę, że gorliwiec jest niewolnikiem siły. Jest on zmuszony składać swemu panu ofiary, by przeżyć. W efekcie oddaje on bestii więcej niż od niej dostaje, przez co pogrąża się w cierpieniu, powoli samemu się wyniszczając. Gorliwcy ofiarują bogom nawet wodę, ostatecznie więc, chociaż nie odchodzą z pustymi rękoma – jakby na własne życzenie usychają. Może nawet, jeśli nie sama troska o byt każe im służyć Mamonie, to są oni w niewoli jeszcze innej siły – chciwości. Ta zaś jest wasalem Mamony i służy jej w panowaniu nad ludźmi. Spójrz, jak przeciąga się pod jej tronem! O dostojnym człowieku zauważyłem, że jest on względem boga kapłanem, jak mniemam to znaczy dla ciebie tytuł teurga. Jest on w jej łaskach i bez szkody korzysta z jej dobrodziejstw. Względem ludzi jest natomiast czempionem, bo też w pewien sposób im dopomaga.
Istota odparła na mój sąd następująco:
«O gorliwcach wypowiedziałeś się błyskotliwie. Oszczędzę nawet swej mowy i nie będę ci powtarzał tego co o nich odkryłeś. Wspomnę ci natomiast, że gdybyś przyjrzał się tronowi Mamony, dojrzałbyś wiele więcej sił, które jej służą, nie nam jednak je teraz badać. Co zaś się tyczy jej tycia – jest ona tym potężniejsza im większą ma władzę, a przecież im więcej ludzi wymienia się jej sadłem i im liczniejsze masy jej pożądają, tym bardziej rośnie jej siła! Muszę cię jednak poprawić co do dostojnego człowieka, bo zupełnie się o nim pomyliłeś. W istocie jest on kapłanem Mamony, jednak tytuł ten również czyni go służącym siły. Przyjrzyj się dostojnemu człowiekowi! Czy dostrzegasz jak opuchnięte są jego golenie? Stoi on w tym miejscu bez przerwy na spoczynek, lęka się bowiem, że ktoś inny mógłby zająć jego miejsce. Widzisz, jak zerka na skrzynię? Boi się, że ktoś mógłby coś z niej wyciągnąć. Spójrz teraz na jego dłonie i jak pokracznie chwyta nimi dary! Chciwość odgryzła mu palce! Jego palce zgniły w jej paszczy! Wiedz, że najcenniejszy dar tego człowieka wciąż goreje na ołtarzu, a nie jest to żaden przedmiot przyniesiony w ręku. Jest nim on sam! Człowiek ten nie należy już do siebie. Całe bowiem szczęście, którego doświadcza, czerpie z łaski swego pana, ciemiężyciela, którego sam sobie wybrał! I chociaż wielkie są bogactwa, które otrzymuje, to jest on gorliwcem nad gorliwcami! Dostaje on wielką nagrodę, ale tylko dlatego, że zapłacił za nią najwyższą cenę! Spójrz również jaki jest suchy, a przecież mógłby wymienić część tego co ma w swej skrzyni na wiele wody. Zaślepiony nie czyni tego, a mimo swej suchości, nie boi się nawet zbliżyć do ognia. Jak już ci wykazałem i tak w nim goreje!
Po tych słowach zrozumiałem, że bogacz, którego widzę, w istocie jest niewolnikiem. Odparłem więc:
- Faktycznie, człowiek ten jest niewolnikiem. Nie zrugaj mnie i tym razem za własne rozeznanie, ale czyż nie jest tak, że podobnie jak można wyróżnić kogoś jako dobrego względem czegoś, albo dobrego wobec wszystkiego, tak można nazwać kogoś gorliwcem, czempionem lub teurgiem by opisać jego ogólną postawę?
«A czy kogoś przy kości wciąż można nazwać grubym, gdyby znalazł się ktoś taki, względem kogo jest on zgrabny? Skoro się nie obrazi, jak najbardziej! Jeśli jakieś uproszczenie użytecznie opisuje prawdę, to zachowawszy niezbędną rozwagę, śmiało go używaj. Ruszajmy w dalszą drogę, bo widzę, żeś gotów sam sobie obmyślić co zaraz zobaczysz. Chodźmy szukać czempionów!»
Ruszyliśmy dalej wzwyż wieży. Po drodze zobaczyłem wiele kolejnych dziwów, jednak największe zastanowienie wzbudzili we mnie polegli wojownicy, którzy to, przygnieceni głazami, leżeli nieopodal naszej trasy. Ich kości były połamane, a oręż ich i zbroje – poniszczone.
W pewnej chwili istota nakazała mi przystanąć, schować się za jedną z kolumn i zza niej obserwować. To co wtedy zobaczyłem, przeraziło mnie, a oto co ujrzałem:
Trzech potężnych mężów wspinało się po zboczu wieży, a każdy z nich dźwigał na swoich barkach wielki głaz. W porównaniu z nimi wydałem się sobie podobny do szarańczy i tak z pewnością wyglądałbym w ich oczach, bowiem nawet najniższy z nich mierzył przynajmniej sześć łokci. Przepaska jednego była obszerniejsza od mojej szaty, a waga ciężarów, które wszyscy dźwigali, była nie do zgadnięcia. Olbrzymi, bo nimi z pewnością byli ci mężowie, nie wyglądali na bestie – bardziej przypominali herosów. Ich sylwetki, chociaż wysuszone, były rozłożyste, a przy tym jakby ciosane w skale. Owłosienie ich ciała było obszerne, na granicy tego co przystoi mężowi i zwierzęciu. Podobne były też ich grymasy – dzikie, ale trzymane na wodzy. Męskość każdego była tak wielka, że poczułem się przy nich chłopięco.
Kiedy w końcu odwróciłem swój wzrok od olbrzymów i spojrzałem ku górze, wrócił we mnie cały mój wigor, a oto co ujrzałem:
Na tarasie powyżej wygrzewały się węże, a największego z nich dosiadała piękna kobieta. Będąc tak suchą jak ona, każda niewiasta, którą dotąd widziałem, wyglądałaby szkaradnie, tej jednak jakby sam kościec przyprawiał krągłości. Widok jej oblicza sprawił, że właściwie zapomniałem, jak mogły mnie cieszyć twarze kobiet, które dotąd poznałem. Na strój, który to służył jej za okrycie, nawet nie zwróciłem uwagi – żaden by jej bowiem ani nie dodał, ani nie ujął blasku. Nawet ruchy tej kobiety były niemożliwie wdzięczne. Każdy jej gest skierowany do olbrzymów wyrażał jakby największe zainteresowanie i najszczerszą życzliwość, dało się jednak po tych znakach poznać, że są one dla niej zwyczajną manierą.
«Chcesz skończyć jak ci wojownicy, których widzieliśmy, Synu Człowieczy? Biegnij więc do swej lubej, by i ciebie obrzucono głazami! Oto spoglądasz na olbrzymów i syrenę, a są oni czempionami bogów! Objaśnię ci co ich wyróżnia, a także co ich łączy: Mężowie, których widzisz, są olbrzymami. Wiedz, że kiedy ludzie zaczęli się mnożyć na ziemi, rodziły im się córki. Synowie Boży, widząc, że córki człowiecze są piękne, brali je sobie za żony, wszystkie, jakie im się tylko podobały. A w owych czasach byli na ziemi giganci; a także później, gdy Synowie Boży zbliżali się do córek człowieczych, te im rodziły. Są to więc owi mocarze, mający sławę w dawnych czasach. Mam przez to na myśli, że o niektórych można powiedzieć, iż całe ich jestestwo oparte jest na sile, która to jest im przyrodzona. Mówię tu o potomkach bogaczy, ludziach pobłogosławionych rozumem, czy właśnie o mężczyznach, którzy z przyrodzenia przerastają rówieśników o głowę. Co prawda zostali spłodzeni przez lędźwie ich ojców, a przyszli oni na świat przez łona swoich matek, jednak to co wyróżnia ich podobnie jak rodowe pochodzenie, to predyspozycje, z którymi przyszło im się narodzić. Wychowali się bowiem w łaskach zwierzchności, będących im czasem tak hojnymi, jakby to właśnie boskie lędźwie ich spłodziły albo boskie łono wydało ich na świat. Wiedz bowiem, że przez czempiona rozumiem kogoś, kto z przyrodzenia lub z przypadku dysponuje mocą jakiegoś boga, co też przekłada się często na przewagę w poskramianiu innych sił. Może on nawet lekceważyć i bluźnić temu, od kogo pozyskał swą wyjątkowość, boski spadek płynie już bowiem w jego żyłach. Czempion składa więc swym bogom niewielkie ofiary, a mimo to cieszy się wielką władzą. Ten przywilej przypada mu jednak z przyrodzenia lub z przypadku. Z pewnością znasz historie o wielu takich, w końcu to o nich układacie pieśni i zmyślacie opowieści! Uwielbiacie ich, bo w końcu są oni ulubieńcami bogów. Zapewne pamiętasz też, jak wielu czempionów z waszych mitów było w nienawiści u licznych bóstw, a nawet u tych od których pochodzą. Mówiłem ci przecież, że bogowie wojują między sobą, a tak chętnie jak gubią siebie nawzajem, wygubiliby i wrogie potomstwo. Wspomnij też z opowieści, że bogowie są pyszni i często czyhają, aby zemścić się na swoich bękartach, czy to przez zaniechanie czy przez wywyższenie sobie innego.»
Słuchając tych słów zastanawiałem się, po kim ja właściwie dziedziczę, nie licząc tych, którzy dali życie memu ciału. W końcu przemówiłem:
- Twoje pouczenie jest sensowne i coraz mocniej mnie zadziwia, jak bardzo historie, które to kiedyś mi opowiadano, teraz zdają się być prawdziwe. Rozum podpowiada mi, że niewiele z nich się kiedyś faktycznie wydarzyło, jednak moje uszy już mi objaśniły, że po prawdzie nieustannie się one powtarzają. Herosi, o których wspominali mi bajarze są dla mnie teraz jak jabłko, o którym to słyszałem od uczonych. Konkretny owoc, o którym mi opowiadano, może i nie spadł nikomu na głowę, ale przecież jabłka spadają z drzew każdej jesieni! Podobnie jest z wyczynami herosów, czyż nie? Kolejna rzecz, która mnie zastanawia: nauczono mnie, że wszyscy ludzie są sobie równi, a ich życia tak samo cenne. Czy nie kłóci się to z tym, że niektórzy dziedziczą po bogach?
Na moje zapytania uzyskałem następującą odpowiedź:
«Mądrze przemawiasz o mitach, sam bym tej sprawy lepiej nie opisał. Co się zaś tyczy równości: Ha! Nie pamiętasz co mówiłem ci o boskości? Przecież to władza o niej stanowi! Czy jeszcze nie pojąłeś, że i człowiek może być bogiem, bo przecież jak wszystko inne jest on duchem? Spotkałeś przecież wielu, przy których podobny byłeś do szarańczy, a zdeptałeś licznych, którzy takimi też byli w twoich oczach. Równość, o której mówisz, wynika z praw, które to sami sobie nadaliście. Ale czy każdy z was tych praw przestrzega? A czy w istocie tak równe są to prawa? Nie mi jednak łamać twą wiarę w równość, bo wiedz, że jeszcze dzisiaj cię o niej inaczej pouczę.»
- Wytłumacz mi jeszcze jedno odnośnie czempionów. Z opowieści pamiętam, iż często upadali u szczytu swojej chwały. Jak się to ma do prawdziwych pomazańców?
«Dobrze, że przed nami znaleźli się akurat olbrzymi i syrena – mężczyźni i kobieta, mogę cię bowiem z obu stron o tym pouczyć. Wiedz, że dama, na którą z takim umiłowaniem spoglądasz, żyje szczęśliwie. Chociaż zdaje się być sucha jak jej pobratymcy, poją ją komplementy, sycą podarki i nawilża ją ofiarność każdego z kim ma do czynienia. Nie myśl głupio, że świadczy to o słabości! Na jej skinienie nie tylko ci olbrzymi upuściliby swe kamienie i popędzili jej służyć, ale i ty prędko postradałbyś zmysły! Twoi wołacze pouczyli cię pewno, że moc syreny jest siłą nieczystą. Czy jednak nieczystości tak wielu pragnie, a tak mało dostępuje? Jest to raczej świętość! Nieczystość przecież polega na tym, że jest obrzydliwa. W świętości i władzy wobec zmysłów kryje się więc moc tego czempiona. Czy ma ona swój kres? Wróćmy się ku wojownikom przygniecionym przez skały, bo chcę ci coś pokazać.»
Poszliśmy więc pod rumowisko, które wcześniej minęliśmy. Po dotarciu na miejsce, istota nakazała mi podnieść oszczep jednego z poległych. Uzbrojony w drzewiec, wróciłem pod kolumnę, spod której obserwowałem czempionów. Istota, stanąwszy przy mnie przemówiła:
«Widzisz tę wielką ropuchę, która wyleguje się nieopodal? Rzuć w nią oszczepem! Ale czy aby dorzucisz, Synu Człowieczy? Może lepiej zawołaj olbrzymów.»
- Wiedz istoto, że z oszczepem w ręku, przyjemniej się ciebie słucha. Niemniej już nim rzucam, ażebyś nie zapędził się w drwinach.
To odpowiedziawszy, cisnąłem oszczep nad głowy olbrzymów. Kiedy grot sięgnął bestii, ta zerwała się na swoje pokraczne łapy i w furii zaczęła pędzić przed siebie, tratując przy tym kolumnady i blanki. Nie zwalniając, wgramoliła się na taras z wężami i zmiażdżyła lub przepędziła wszystkie. Największy ze żmijów, ten, którego dosiadała kobieta, wierzgnął nadepnięty i zrzucił ją z siebie. Ta upadając, rozbiła sobie głowę, a to co z niej pozostało było obrzydliwe.
- Co zrobiłeś? Co nakazałeś mi zrobić? – przemówiłem zrozpaczony. – Lepiej żebyś miał wytłumaczenie na to co się stało!
«Wąż, którego dosiadała ta kobieta, to Piękno. Jest to fenomen, który sprawia, że przez samą kognitywną interakcję z definiowanym przezeń obiektem, doświadczasz przyjemności. Kobiety nieraz bywają jego pomazańcami, a często cieszą się tym tytułem z przyrodzenia. Chociaż nigdy nie poddała go rzeźbie, ciało czempionki wyglądało jak wykonane dłutem. Choć nie baczyła na to co jadła, było ono zawsze najlepiej odżywione. Jest to jednak śpiew przeszłości, dla niej i dla dziewcząt, które również to wszystko utraciły. Czy to bowiem wypadek czy starość, coś w końcu odbiera człowiekowi piękno. Dziewczęta, które przez swą młodość polegały tylko na nim, długo były mocne i szanowane. Kiedy jednak osiągnęły wiek, w którym już nie godziło się ich zdrobniale nazywać, ich błogosławieństwa jakby zaczynały się ulatniać. Starsza kobieta może i słyszy od przyjaciół, że rozkwita, na cóż jej jednak te słowa, skoro ma zwierciadło w swym domu? Jednym z upadków czempiona jest w swym lenistwie oprzeć się tylko na jednej sile i nie dbać o nią, albo nie liczyć się z tym, że jej łaska przemija. Gdyby bowiem piękno tej kobiety sięgało głębiej niż jej połamanych wdzięków, to powstałaby i lśniła dalej. Po cóż jednak miała zabiegać o urok swego wnętrza, skoro ten jej przyrodzony był już tak mocny? Co zaś tyczy się olbrzymów, zapytałbyś pewno, jak ci mocarze upadli, skoro stoją zdrowi? Oto ich upadek: Są potomkami bogów, a noszą kamienie jak niewolnicy! Wiedz bowiem, że męska siła, chociaż kwitnie dłużej niż kobiece piękno i też jakby lepiej się starzeje, to swą najwyższą użyteczność również osiąga w młodości. Ludzie dojrzali, przez swe życie zdążają nagromadzić przeróżnych mocy, a ich doświadczenie wywyższa ich nad młodzież. Starość, w swej dostojności, nie musi więc polegać na prymitywnej sile. Ci jednak olbrzymi, dorastali w poczuciu niecywilizowanej władzy, nikt bowiem z ich rówieśników, którzy to przez naukę dopiero poskramiali sobie wielkich bogów, nie mógł się z nimi równać pod względem przyrodzonej witalności i mocy, która to wiąże się z młodością. Mocarze zawierzyli się swoim siłom i wzgardzili wszystkimi innymi, łudzili się bowiem, że i świat dojrzałych rządzi się tak bardzo zwierzęcymi prawami. Niezupełnie się w tym pomylili, jednak wystarczająco, aby skończyć dźwigając kamienie. Taka więc zguba grozi każdemu z czempionów: Błogosławieństwo pożytkowane pysznie i bezrozumnie w końcu zamienia się w przekleństwo. W tym przecież rozsmakowali się bogowie z opowieści: W zawiści, przebiegłości i w zemście, a zwłaszcza wobec tych, którzy z nich wcześniej zadrwili. Ty jednak nie patrz na czempionów z zawiścią, bo człowiek gotów przez nią pęknąć ze zgorzknienia. Wielu z czempionów wśród swych błogosławieństw ma też rozum i z jego pomocą dostępuje wielkości, a tobie nic do tego! Nie myśl też, że tragedie, które ci teraz objaśniłem, tyczą się zawsze tak samo kobiety i mężczyzny. Jeśli chodzi ogólnie o sprawę płciowości, może cię zajmować jak ja do niej podchodzę: Dla mnie kobieta i mężczyzna są bardzo podobni, co ich dla mnie różni, to że zwykle są czempionami różnych sił i przeważnie różnymi drogami dochodzą do chwały. O pomazańcu męskości myślę często jako o olbrzymie, a kobiecości – jako o wiedźmie lub syrenie. A powiadam ci, choćbyś urodził się kimś pomiędzy, albo nawet kimś obok – twoja to sprawa jak dochodzisz do szczęścia i jakie siły najłatwiej poskramiasz. Może być też tak, że męskość czy kobiecość jest w tobie krucha, ale przecież niezależnie od tych rzeczy mianujesz się człowiekiem i przypada ci wszelka ludzka predyspozycja, a jest jej wiele rodzajów i są one niezwykłe. Dostatecznie poznałeś już czempionów, a nawet widzę, że zazdrość cię w pełni nie pochłonęła. Czyżbyś tak wysoko o sobie mniemał? Omińmy olbrzymów i ruszajmy szukać teurgów!»
Odwróciliśmy się i poczęliśmy zmierzać stromiej ku górze. Przyjęliśmy przy tym taki kierunek, aby oddalić się od olbrzymów i przybliżyć się z powrotem do tarasu Mamony. Po jakimś czasie znów ujrzeliśmy jej rogate oblicze, jednak tym razem spoglądaliśmy na nie z góry. Na ten widok istota przemówiła:
«Czyż nie wygląda ohydnie i czyż nie ohydne jest jej wnętrze? Tak też mówią o niej wołacze, zwłaszcza ci, którzy wskazują ku niebu. W istocie niemal żaden bóg nie ma na uwadze dobra lub zła. Bogowie to przecież bogowie – ich wola wyraża się tylko przez władzę jaką się jawi, że mają. W wybranych sytuacjach ich sprawczość dąży do czyjegoś szczęścia, w innych zaś do utrapienia. A w nieskończoności, zapytasz, rządy ich zgromadzenia kończą się sprawiedliwością czy zgryzotą? Bacząc na dzieje twojego ludu, można się spodziewać, że fatum nieśmiało kieruje nim ku wybawieniu. Skoro jednak wciąż to w pełni nieodgadnione, a twój rodzaj jest jakby wiecznie utrapiony, to powiedziałbym, że obecne niesprawiedliwości podobne są do przewrotnych możnych, panujących pod nieobecność króla. Powiedziano przecież o bogach: Dokądże będziecie sądzić niegodziwie i trzymać stronę występnych? Ujmijcie się za sierotą i uciśnionym, wymierzcie sprawiedliwość nieszczęśliwemu i ubogiemu! Uwolnijcie uciśnionego i nędzarza, wyrwijcie go z ręki występnych! Lecz oni nie pojmują i nie rozumieją, błąkają się w ciemnościach: cała ziemia chwieje się w posadach; Powiedziano też: Jesteście bogami, lecz pomrzecie jak ludzie, jak jeden mąż, książęta, poupadacie. - Z tych właśnie słów wywodzę, że gdyby dobro docześnie rządziło światem, to przecież nie byłoby w nim cierpienia, a wywyższani byliby sami sprawiedliwi. Skoro cierpienie tak często przytrafia się samoistnie lub przez zaniedbanie, a o szczęście trzeba się aktywnie starać, wnioskuję, że światem przyszło rządzić siłom nieczystym – przynajmniej na tę chwilę. Objaśnię to może w ściślejszy sposób: Dobrem określa się zjawiska prowadzące do stanu doświadczania ostatecznie najoptymalniejszego, złem zaś nie warto określać jedynie zjawisk prowadzących do możliwie najgorszego stanu, ale także te prowadzące do stanów zwyczajnie nieoptymalnych. Naturalnie więc, siły, które z definicji nie posiadają tak specyficznej właściwości jak dobroć, są złe. Czy zgorzknienie sięga więc planet? Czy gwiazdy, które wiszą nad sklepieniem, gasną w smutku? Czy można powiedzieć, że wszechrzecz jest niegodziwa? W pewnym sensie, ale przecież to z jej łona wyszło wszelkie dobro, jakiego dano ci poznać! Kiedy myślisz więc o dobru albo złu pomyśl o nich jako o wyodrębnionych z niej duchach. Przez te same siły manifestuje się czasem dobro, a czasem zło. Promienie słońca raz grzeją przyjemnie, generując przy tym szczęście, żeby przy innej pogodzie parzyć bezlitośnie, sprawiając tym tylko cierpienie. Stąd można powiedzieć, że dobro i zło walczy ze sobą o wpływy. Zastanów się jednak raz jeszcze, który z tych panów ma swój tron pod niebem, nad górami i morzami. Który z nich rządzi teraz ziemią? Powiadam ci, że ten, który to obecnie odda ci wszystkie królestwa świata i ich przepych, jeśli tylko złożysz mu pokłon. Odpowiedz mi Synu Człowieczy, czy jest to dobry duch?»
- Nie. – Odpowiedziałem. – Jest to zły duch. Nie jest przecież tajemnicą, że bezwzględność i wyrachowanie sprzyja władzy. Taka zależność działa przynajmniej wśród ludzi, a wspominałeś, że pisane jest nam zawładnąć całym stworzeniem. Ten jednak faktycznie będzie nim władał, kto w szachu będzie miał najwyższych wśród nas.
«Zgadzam się z tobą co do imienia obecnego pana nad ziemią, a skoro o Złym wspomnieliśmy, pozwól, że szybko cię o nim pouczę: Która z jaźni pragnie wszechzła, także wobec siebie? Adwersarzem tak jaźni jak i wszechdobra jako siły, nie jest tylko czyste wszechzło, którego przecież nikt nie chce, ale samo już spaczenie wszechdobra. Wykazałem ci to jeszcze między iskrzącymi obłokami, a w kontekście złego księcia nad Ziemią: nie wyobrażaj go sobie jako jednorodnego, całego z ciemności. Jest on bowiem Ojcem Kłamstwa i nie brak mu blasku, a szare jest jego oblicze, mrok zaś skrywa w swych trzewiach. Wracając do Mamony, ludzkie ręce stworzyły ją po to, by im służyła, a zaklęto ją w taki sposób, aby jeden człowiek mógł przez nią władać wieloma siłami. Wiesz przecież, że pieniądz jest niezwykle użyteczny w wymienianiu jednych rzeczy na inne, tak że nic konkretnego nie potrzeba przynosić do wymiany, a tylko jego. Pojmujesz już z pewnością jak działają trzewia Mamony, i że chociaż wielu dało się im pochłonąć, to nie dokonalibyście bez nich niezliczonych dobrodziejstw. Mamona jak najbardziej służy dobru, kiedy to człowiek, który nią obraca, również jest mu oddany. Kiedy jednak Syn Człowieczy zawierza się Mamonie, ta przybiera sobie innego pana i to jemu oddaje swą zdobycz, a wiesz, że panem tym najczęściej jest Adwersarz. Więcej o zwierzchnościach opowiem ci później, teraz zaś pomóż mi wypatrywać tych którzy je zniewalają. Chciałem pokazać ci wprawnych inwestorów lub zdolnych bankierów, bo poskramiają oni siłę, którą już poznałeś, żadnego jednak nie dostrzegam. Najpewniej wszyscy są już w swoich domach i posilają się przy rodzinnych stołach. Ci, którzy dalej pracują, raczej przesiadują w bryle wieży lub wyżej niż teraz jesteśmy. Może chociaż kilku podziewa się niedaleko? Spójrz! Tam nad nami jest jeden i zdaje się przystępować do swych praktyk!»
Istota wskazała na człowieka przyodzianego w szatę, która krojem przypominała nasze. Był on z pewnością jednym z tych, którzy zniewalają. Podwijał właśnie rękawy swej togi, było więc widać, że przystępuje do swych praktyk - stał bowiem pośrodku czarnoksięskiej struktury. Był to krąg posągów, idoli duchów, które to teurg miał zniewolić. Nie były to jednak figury wykonane na podobieństwo człowieka albo zwierzęcia. Były to raczej przedziwne sprzęty, których każdy członek reprezentował prawo kierujące rzeczywistością, a kształty tych członków były niezwykłe. Teurg zmarszczył brwi i zamknął oczy, tak jakby coś obmyślał w gniewie. To co w głowie wyliczył, kreślił jako znaki w powietrzu. Przypatrywałem się mu długo, aż w końcu zobaczyłem:
Jego słudzy wnieśli do kręgu klatkę z metalu, a była to klatka z miedzi. Otworzyli ją i ustawili na środku, a uczynili to tak, żeby zmieścić pod nią teurga. Mąż nie przestawał kreślić znaków, dopóki służący nie zamknęli jego klatki i nie oddalili się z kręgu. Wtedy to zawołał, a że przemówił liczbami, nie zrozumiałem go. Nagle rozległ się głośny trzask, a powietrze przeszył błysk, który prawie mnie oślepił. Z posągów dookoła kręgu wypełzły przeraźliwe demony i doskoczyły do klatki by bić w nią zaciekle. Każdy z nich wyglądał jak piorun skradziony chmurze i z wściekłością gromu uderzał w klatkę. Teurg jednak stał w niej niewzruszony, a bestie szarpały się nad nim i nie mogły go zranić. Zjawy były przecież potężne, dźwięk ich uderzeń prawie mnie ogłuszał, a delikatna klatka, pod którą skrył się ich ciemiężca, stała nienaruszona. Pokonane duchy w końcu wróciły do swych posągów i nie podnosiły się więcej. Na skinienie teurga podeszli do niego słudzy, otworzyli i wynieśli klatkę z kręgu. Wtedy to dwóch z nich, z wielką czcią, przyniosło cudotwórcy różdżkę z metalu, a była to różdżka z miedzi. Dzierżący pręt przyjrzał się mu, nakreślił nim przedziwne kształty w powietrzu i wystawił go ku niebu. Wtedy to największy z posągów, który to do tej pory nie ujawniał swej mocy, zaryczał potężnie, a błysk, który się z niego przy tym wydobył, oślepił mnie. Duch był wielki, o licznych odnóżach, którymi to ciął powietrze i strzelał jak batogami. Wrzask jego drapieżny przeszywał duszę, a przestrach jaki nim wzbudzał, udzielił się nawet sługom przy kręgu. Teurg zaś stał z podniesioną różdzką, a gdy demon rzucił się ku niemu, ten pochwycił go nią i trzymał za pysk. Mąż wodził potworem wedle woli, a ten miotał się, jednak pozostawał uchwycony. I tak podziwiałem jak szaty maga powiewają na wietrze, a wściekłość demona stała się tak wielką, że jego posąg zapłonął. W końcu duch wrócił do siebie, a zadowolony teurg podał sobie rękę i zniknął w wieży.
- Czy wytłumaczysz mi co tu właśnie zaszło? Kim jest ta osoba, która na mych oczach dokonała cudów? Kim jest teurg i czemu mi nie powiedziałeś, że jest to czarownik, najprawdziwszy taumaturg? Na czym polega jego sztuka zniewalania?
«Teurgami twój rodzaj zwykł nazywać tych, którzy przez swoje tajemne praktyki zniewalają bogów. Używają oni swej wiedzy i zrozumienia sił, z którymi obcują, by poskramiać je i czynić sobie poddanymi. Czasem składają im oni ofiary, nie robią tego jednak jak kapłan, ale raczej jak czarownik, który obcuje z demonami. Wiedzą bowiem jak wykorzystać jedne siły, by poskromić nimi drugie. Rozumieją oni ich wolę i zakres władzy, stąd też potrafią nimi manipulować. Prawdziwie czarodziejskie są praktyki uczonych i w nich najłatwiej rozpoznać teurgię – swą wiedzą o mechanice, materii i wszelakich bestiach, zaklinają obiekty, przekształcając je i nadając im właściwości, których te wcześniej nie miały. Popędami tego co żywe, badacze władają przez znajomość ciała i różnych substancji. Wiedzą bowiem co podać człowiekowi, by ten postradał albo odzyskał wybrane zmysły. Każdy uczony zgłębia naturę jakiegoś układu zwierzchności, tak, że je wszystkie rozumie i wie, jak zadziałać na nie swoją wolą, by te ją wykonały. Pojmowanie takiego teurga jest niezwykłe, opiera się bowiem na wiedzy tajemnej – takiej, która opisuje fundamentalną rzeczywistość, a do której chociaż znikomego zgłębienia potrzebne są lata nauki. Dlatego właśnie o uczonych można mówić, że są jakby czarownikami. Magowie i taumaturdzy, o których słyszałeś w opowieściach, wydawali duchom rozkazy w języku, którego te nie rozumiały, a był to język ludzi. Uczeni zaklinają je natomiast zgodnie z ich właściwościami. Powiesz głazowi: Przesuń się! – nie usłucha. Nakażesz niebu: Zagrzmij! – nie wyda z siebie odgłosu. Zażądasz od choroby: Wynoś się! – pozostanie. Teurg zaś podważy głaz kijem i pchnie go – ten usłucha. O stosownej porze wystawi pręt miedziany ku niebu, a ono zagrzmi. Chorobę potraktuje lekarstwem, a ta – ustąpi. Teurgowie pojmują siły rządzące materialnym światem przez liczby i systematykę zjawisk, którą wiecznie opracowują. Służy ona za szkielet wieży, na której stoisz. Nieliczni jednak się w nim odnajdują, stąd też my wspinamy się po zboczu wieży. Wielu teurgów także tylko tutaj pracuje. Obok tych, którzy zgłębiają wszechrzecz jakby od podszewki, są także tacy, którzy zaklinają siły ze świata ludzi – chodzi mi tu przykładowo o inwestorów lub filozofów. Godnymi wyodrębnienia są też ci, którzy to zaklinają ludzi, bo przecież ludzie również są bogami! Tacy teurgowie grają na ich pokusach i przekonaniach, a dzięki temu używają swoich braci i sióstr jak tresowanych zwierząt – mówię tu o uwodzicielach, przywódcach i wołaczach. Wiedz też, że jeśli na coś działają gesty, zaklęcia i znaki, to właśnie na człowieka. Ilekroć słyszysz, jak ktoś recytuje formułkę do niebios, to po prawdzie nie zaklina on niczego w obłokach, ale siebie lub ciebie! To wszystko co mówię, tyczy się osób, których ogólnie można nazwać teurgami. Względem jednej siły, chciałbym podsumować, jest to ktoś, kto ma nad nią władzę dzięki swojemu zrozumieniu, posługuje się nią instrumentalnie i nie daje się jej zniewolić. Choćby nawet rzeczony duch był zbyt potężny by go zupełnie zdominować, to teurg wie, jak go potraktować, by mu nie zaszkodził. Jest to jakby egzorcystyczne działanie. Oczywiście, teurg może być równolegle czempionem lub gorliwcem wobec innej siły, albo nawet swój obecny status może zawdzięczać wielkim predyspozycjom, lub niewolniczej pracy na rzecz danej siły. Wyobraź sobie geniusza, który z przyrodzenia chłonie wszelką wiedzę jaką mu się przedłoży, albo człowieka, który zanim poskromił Mamonę, długo dawał jej sobą pomiatać i przepracowywał się.»
Na to objaśnienie odparłem następująco:
- Pojmuję co mówisz i widzę sens w takim wyróżnieniu. Domyślam się, że to właśnie teurgiczna relacja z duchami jest taką, do której należy dążyć. Postawa gorliwca jest bowiem urągająca, a czempiona – nie zależy od woli. Powiedz mi jeszcze – jak upada teurg? Wytłumacz mi też, czemu my przywdzialiśmy szaty dla tych, którzy zniewalają? Sam pojmuję o świecie to i owo, ale nie myślę o sobie jako o cudotwórcy!
«Do postawy teurga należy dążyć? Skąd wiesz co należy? W każdym razie, prawdą jest, że warto szkolić się w panowaniu nad siłami i obchodzeniu się z nimi tak, by budowały twoje szczęście lub by ci nie zagrażały. Faktycznie, postawa teurga jest tą najgodniejszą. Co ją jednak wypacza? Pycha! Lekceważenie rozsierdza bogów i pobudza ich do najstraszniejszej zemsty! Kto łudził się, że poskromił niebiosa i w nie wzleciał – upadł i roztrzaskał się! Kto pysznie stwierdził, że panuje nad falami i skoczył w nie – utonął! Kto łgał sobie, że ujarzmił Mamonę – roztrwonił ją i stracił wszystko co przedtem posiadał. Tak więc teurg ginie często przez swój błąd lub przeszacowanie swej mocy, albo zatracenie się w sile, którą posiadł. Stąd właśnie powinien czasem zachować się jak egzorcysta - wykorzystać zrozumienie groźnej siły, by uchronić się przed nią i móc dalej poskramiać inne zwierzchności. Postawa teurga szczególnie wystawia człowieka na klątwę jego największej mocy – pojmowania. Skoro mąż przyjmuje pod swe panowanie moce rozwiązywania kolejnych swych problemów, czyż nie więcej zagadek, odpowiedzialności i wymagań przed sobą stawia? Wcześniej mógł coś zlekceważyć jako od niego niezależne, ale czy teraz, bez wyrzutu, może to pominąć? Tak właśnie im szerzej otwierasz oczy na wszechrzecz, tym większe brzemię na siebie przyjmujesz i chociaż jest to droga do wyzwolenia, to wiedzie ona przez ciernie przegapionych okazji i przestrachu marnowanym potencjałem. Co się zaś tyczy naszych szat – kwestionujesz moją moc? Czy mam cię porazić? Ty natomiast przez zrozumienie, które ci już jakiś czas przekazuję, zapewniam cię, że jeszcze dziś będziesz mianował się teurgiem. Ruszajmy już wzwyż wieży, bo chcę ci pokazać i objaśnić stronnictwa w jakich zrzeszają się teurgowie. Przesiadują oni na poziomach bliżej nieba, więc przed nami daleka droga.»
Ruszyliśmy więc w dalszą drogę, a schody, na których stawialiśmy swe stopy, stawały się coraz bardziej strome. Idąc ku górze spodziewałem się uświadczać coraz większych dziwów i nie pomyliłem się. Kiedy już oddaliliśmy się znacznie od naszego ostatniego przystanku, zacząłem dostrzegać wokół nas coraz więcej tych, którzy zniewalają. Każdy z nich zajęty był jakąś niezrozumiałą czynnością. Jeden na moich oczach nawet przywołał ogień z nieba! Zadziwiało mnie to wszystko i czekałem, aż istota wznowi swoje tłumaczenia.
«Dobrze, że spotkaliśmy jednego z nich niżej, teraz możesz w spokoju nasycić swe oczy. Eksperymenty, którymi zajmują się ci teurgowie bywają niezwykłe, a wiesz czemu służą? Badając sprawy samym rozumem, możesz dojść do wniosków wielce spójnych, jeśli jednak chociaż raz nieopatrznie pomyślisz przy tym wbrew logice – miast w prawdzie pogrążysz się w fałszu i będziesz weń głęboko brnął. Sprawdzając czy postępowanie według twojego rozumowania daje powtarzalne rezultaty, upewniasz się, że jest ono funkcjonalnie poprawne. Teurgowie, znając powtarzalny przebieg jakiegoś zjawiska, mogą przewidywać jakie będą jego skutki w innych okolicznościach czy skali. Żałosnym jest więc postrzeganie nauki tylko jako coś, co systematyzuje pojmowanie rzeczy i tylko przez to umożliwia panowanie nad nimi. Prawdziwą mocą, którą ta daje, jest możność przewidywania przyszłych wydarzeń na podstawie poznanych już schematów. Stąd też uczeni odgadują, jak zachowa się obiekt poruszony w określony sposób, jak nazajutrz zmieni się pogoda lub czy ciężarna kobieta urodzi zdrowe niemowlę. Pozwól, że przemówię teraz o sprawach innego rodzaju i większej wagi: prowadzę cię w górę, bo chcę ci objaśnić stronnictwa, w które zrzeszają się budowniczy wieży. Wiedz, że ludzie ze stronnictw nazywają samych siebie dobroczyńcami i faktycznie nimi są w swoich oczach. Budowa wieży jest bowiem powszechnie uważana za zajęcie szlachetne, spory wzbudzają dopiero motywy respektowania tej szlachetności. W wielkim skrócie: Płomyki są dobroczyńcami względem wielu spraw, bo tak podpowiadają im ich serca – bycie ogólnie dobrym, jest im przyrodzone i zgodnie z tym postępują. Córy i Synowie Jutrzenki dostrzegają, że współczucie jest tylko jednym z popędów, wolą więc w pełni świadomie dążyć do dobrobytu. Nie myśl, że popycha ich to do próżności – ich największym celem jest poskromić samo szczęście i jakby wynaleźć sobie zbawienie. Obrazy Pana także skupiają się na samym szczęściu. Uważają jednak, że do pełnego wykorzystania ludzkiego potencjału w doświadczaniu szczęśliwości niezbędne jest głębsze poznanie rzeczywistości, niż to, na które pozwala rozum. Na tę chwilę tyle wystarczy ci wiedzieć, bo już zaraz dotrzemy do siedzib Płomyków.»
Akurat, kiedy istota skończyła przemawiać, niebo zagrzmiało w oddali.
«Czyżby pioruny nieba zapłakały nad niewolą swych braci?»
Zanim dotarliśmy do miejsca, o którym wspomniała istota, spostrzegłem jeszcze coś, co mnie zadziwiło. Na stopniach wieży leżało wiele porozrzucanych zwłok – nikt nie zwracał na nie uwagi. Wyschnięte, szpeciły jej tarasy – żaden z teurgów się tym nie przejmował. Niektórzy z nieszczęśników najpewniej zginęli w wypadkach, znaczna większość sprawiała jednak wrażenie zaschniętych jeszcze za życia, a pozy w jakich uśmierciła ich starość sugerowały, że zmarli wspinając się po wieży. Otoczeni skórzastymi szkieletami, tak żywymi jak i martwymi, stanęliśmy w końcu naprzeciw siedzib Płomyków. Miejsce, które zamieszkiwali, wyglądało jak osada na zboczu wieży, a składały się na nią wielopiętrowe domostwa z wydrążonych w środku wielkich filarów i konstrukcje z kryształów o najróżniejszych kształtach. Na licznych podwyższeniach dało się dostrzec posągi przedstawiające skrzydlatego żmija. Teurgowie i pospolici budowniczy, przemieszczający się między tymi zabudowaniami, poprzyodziewani byli w eleganckie stroje wykonane z owczych skór. Sprawiali wrażenie szczęśliwych i jakby mniej wyschniętych niż ludzie, których dotąd spotkałem na wieży i pod nią. Dostrzegłem, że na placu między wielkimi filarami, zebrał się tłum i świętował. Zbliżyliśmy się do niego i wtedy istota przemówiła:
«Pozwól, że zaniecham tego co ci obiecałem i nie wytłumaczę ci nic o tych ludziach. Masz język w swoich ustach, a mają go także wszyscy tutaj zgromadzeni. Wypytaj któregoś z nich o wszystko co uważasz za stosowne, a zapewniam cię, że ten wyjawi ci nawet więcej. Ja w tym czasie zajmę się swoimi sprawami.»
Na te słowa odparłem:
- Bardzo ci się spieszy. Może dostrzegłeś znajomego? Idź precz wedle woli. Do zobaczenia!
«Ty też bądź pozdrowiony.»
Wszedłem między ludzi na placu, było ich jednak tak dużo, że nie mogłem dostrzec wokół czego się gromadzą. Zagadnąłem więc jednego z nich:
- Witaj, bądź pozdrowiony. W jakiej sprawie się gromadzicie?
Nieznajomy spojrzał na mnie zdumiony, pospiesznie zbadał mnie wzrokiem, po czym uśmiechnął się i odparł:
- Witaj, bądź pozdrowiony dobry człowieku. Chyba za krótką mam szyję, żeby to wiedzieć. Może przekonamy się, kiedy ta zgraja z przodu w końcu odejdzie! Nie kojarzę twojej twarzy ani stroju, czy mogę ci w czymś pomóc?
- Przybywam tu z daleka, bo chciałem z bliska zobaczyć wielką wieżę i poznać co na niej. Powiedziano mi, że zabudowania, między które wszedłem, zamieszkuje stronnictwo Płomienia. Skoro i tak nie widzimy co się tam dzieje, czy nie zechciałbyś przedstawić mi jakichś waszych zwyczajów, albo opowiedzieć mi o prawdach, które tu wyznajecie? Nie chciałbym szerzyć zgorszenia prowadząc się bez wyczucia.
- Z chęcią cię wtajemniczę, ale ostrzegam! Mówią, że jestem gawędziarz i że jak zacznę, to mówię zbyt wiele. Jak już ci powiedziano, dobry człowieku, jesteśmy Płomykami. Sam przynależę do naszego plemienia z przyrodzenia i przepełnia mnie duma, ilekroć o tym pomyślę, niemniej jednak wiedz, że miłuję każdego niezależnie od pochodzenia czy urody. Zgaduję, że nie wyjaśniono ci skąd wziął się nasz przydomek.
- Niespecjalnie. - odparłem.
- Nie obawiaj się, nie jesteśmy jak ci szaleńcy z góry! Nie czcimy płomieni ani niczego co błyszczy. Kryształowe smoki, które widzisz wokół, tylko przypominają nam o wyglądającemu tak Dobru, któremu służymy. Sami siebie nazywamy Płomykami, bo tak jak one są gorące i ogrzewają wszystko dookoła, tak i my jako ludzie, możemy być szczęśliwi i tym samym uszczęśliwiać wszystkich wokół siebie. Po cóż mielibyśmy to robić? Bo im mocniej płoniemy i grzejemy tych wokół siebie, tym oni żywiej się rozpalają i jeszcze więcej ciepła dają nam! Niestety, ludzie tak jak płomyki rozpalają się i przygasają, bo czyż życie ludzkie nie jest jak iskra? Pisane jest nam doświadczać szczęścia tylko póki żyjemy, a nie jest to długo.
- Znam takie spojrzenie na sprawę, ale słyszałem o waszym zgromadzeniu, że wyznajecie weselsze prawdy.
- A widzisz, mylą nasze uśmiechy! Człowiek okrutny mógłby nawet powiedzieć, że szczęścia możemy doświadczać tylko w teraźniejszości, a ta przecież przemija i kończy się razem z naszym ulotnym życiem. Czym jest skończoność przy nieskończoności, jeśli nie niczym albo czymś nicości podobnym? Stąd też ludzie okrutni uważają, że każde postępowanie prowadzi do tego samego rezultatu, który to nieuchronnie okazuje się teraźniejszością czyniącą wszystko obojętnym. Życie jest według nich snem, którego się nie pamięta! Czy koszmar albo największa błogość ma jakąś wartość, kiedy znika bez pamięci? Skoro coś było, a nawet najmniejszego śladu po tym nie ma, czy równie dobrze mogłoby tego nigdy nie być? Powiedz mi, dobry człowieku, czy ma sens takie rozumowanie?
- Odpowiadam, że tak, ale z niepewnością, bo przemawiasz zawiłościami! Mów jednak dalej, bo słyszę, że trafiłem chyba na kaznodzieję.
- Zadziwiłoby cię krasomówstwo naszego plemienia. Za młodu nasłuchaliśmy się pieśniarzy i teraz wszyscy ochoczo pleciemy. W każdym razie, my Płomyki, mamy odpowiedź na rozumowanie, które wyłożyłem: żaden z nas nie trwa wiecznie, jednak rozpalając siebie nawzajem i rozpryskując swoje iskry sprawiamy, że płomień szczęścia jest wieczny! A tli się on w gardzieli smoka, którym jest Dobro! Dzięki nam szczęście jest zawsze teraźniejszością i zawsze istnieje! Trudno się bowiem nie zgodzić, że coś co istniało, ale po czym nawet widmo się nie zachowało, nie istnieje - stąd to zaznaczam. Ogień, który my podtrzymujemy jest jednak wieczny, a my radujemy się nim, póki się w nim tlimy! Nazywamy się Płomykami, bo mamy świadomość, że nimi jesteśmy. Wiedz jednak, że wszyscy dobrotliwi nimi są! Ty z pewnością też, dobry człowieku.
- A co, jeśli ja jestem człowiekiem okrutnym? Cóż mi z wiecznego ognia, którym zionie wasz smok, jeśli martwy nie poczuję jego ciepła? Nie wiem czy dobrze cię zrozumiałem, ale czy głosicie by cieszyć się szczęściem, póki trwa? Do mnie to przemawia, jednak w perspektywie kontrargumentu, który sam sobie uczciwie podałeś, jakby blednie to przed moim rozumem. Zaznaczę jednak raz jeszcze moją zgodę, że warto doceniać radość, póki trwa, bo przecież jeśli po coś istnieć, to dla szczęścia.
- Pięknie przemawiasz! Tak! Och, dobry człowieku, jak to mówią, nie szata zdobi człowieka, chociaż w twoim przypadku z pewnością temu nie wadzi! Mówię ci, odnalazłbyś się wśród nas. Pytasz, czy aby nie jesteś człowiekiem okrutnym. A nie trzymałeś nigdy dziecięcia na rękach? Nie podałeś chleba głodnemu? Nie wymieniłeś z nikim dobrego słowa? Wiesz przecież jakie to uczucie! Przecież dobro poznaje się sercem! Chcesz poznać kim faktycznie są ludzie okrutni? To wilki, które przez łona swych matek wkradły się między owce. Nie pojmują oni, że wspólnym wysiłkiem, przez synergię, buduje się szczęśliwy świat. Sieją zamęt swoimi zboczeniami szukając satysfakcji pokrętnymi drogami. Wszystko to przez ich egoizm, który to wynika z pychy i głupoty. Okaleczono ich umysły za młodu, lub też sami się okaleczyli, tak że nie grzeje ich cudze szczęście. Mówi się o nich ludzie okrutni, ale sęk w tym, że oni są nieludzcy!
- Z tego co rozumiem działają oni podobnie do was, jednak sprytniej. Jeśli ktoś jest słaby i nieudolny, sam rozpali słaby płomień i faktycznie ani siebie, ani innych nie ogrzeje. Co zaś kiedy ktoś jest potężny? Cóż kiedy czyjąś szkodą może rozpalić ogień tak wielki, że samego siebie ogrzeje najprzyjemniej? Może lepiej odda moją myśl następujące skojarzenie: po co, będąc Płomykiem, grzać się od blasku drugiego, kiedy można podebrać mu opału i samemu zapłonąć? Czyż egoizm w mocnych rękach, a pod sprytnym umysłem się nie opłaca?
- Nigdy! Bogowie poniżą takiego człowieka, choćby i wcześniej go wywyższyli. Bogactwa bowiem przestają błyszczeć, rozpusta nudzi, a perwersje się wyczerpują! Tylko szczęście ze szczęścia, radość z radości nie przemija! My gaśniemy, ale inni nas ogrzewają, inni gasną a my grzejemy ich! Tak działa świat i tak warto, ażeby działali ludzie.
- A czy ty miałeś kiedyś bogactwo, żeby ci zmatowiało? Taki z ciebie wszetecznik, że znudziły cię kobiety? Wyczerpałeś może wszelkie perwersje? Przemawiasz bowiem, jakbyś wiedział, jak to jest być okrutnym. Powiem ci, że znam takich ludzi i nie jest wcale jak mówisz. Część z nich faktycznie popada w obłęd, wielu żyje jednak w splendorze, a swoje bezeceństwa ignoruje, albo sobie ułomnie tłumaczy, tak że mają się za sprawiedliwych. Miewam wrażenie, że prorocy, uczeni i nauczyciele, a także myśliciele, specjalnie o tym nie mówią, by zbyt wielu ludzi nie wchodziło na tę samolubną ścieżkę. Ktoś przecież musi na mądrych pracować! Wracając do rozkoszy niegodziwości: bogactwo, dopóki umie się z niego korzystać, nie traci użyteczności, póki ktoś zdrowy i chutliwy, rozpusta nie nudzi, a perwersji jest tyle, że człowiek do starości ich nawet nie zliczy. Skąd więc wasza pewność, iż każdemu wzajemna dobroć najbardziej się opłaca? Powtarzam, co z silnymi, którym inni są albo pionkami, albo przeszkodami w ich drodze do szczęścia? Czy w czasie tak krótkim jak życie człowieka, da się znudzić wszelkimi rozkoszami?
Na te słowa rozmówca zmierzył mnie wzrokiem raz jeszcze, pokręcił wąsem i odpowiedział zagniewany:
- Skąd w tobie taka zmiana? Nagle przemawiasz jak oni! Jak wilki! Mam nadzieje, że to nie przez opaczne rozumienie mej pokrętnej mowy. Bacz jednak na swoje słowa. Nas, dobrych ludzi, jest bowiem wielu i jesteśmy gotowi pozbywać się ludzi okrutnych, ażeby oni nie pozbyli się nas!
- W takim razie, dobry człowieku, wiedz, że ja jestem jeden. Znam za to tamtego pana. – mówiąc to wskazałem istotę, która rozmawiała z kimś nieopodal.
Płomyk przeląkł się jej wyraźnie i oddalił się. Ludzie, którzy wcześniej zasłaniali mi centrum zbiorowiska, zaczęli już ustępować miejsca innym. Wykorzystałem ten moment, aby zobaczyć, wokół czego wszyscy się zgromadzili. Oto co ujrzałem:
W murze, przed którym zebrały się Płomyki, wydrążona była głęboka jama. Wąskim strumykiem wyciekała z niej woda i wpływała do wyżłobionego pod nią koryta. Tłum trzymał się w pewnej odległości od źródełka, robiąc przy tym miejsce młodemu teurgowi i mężczyźnie o pięknych rysach. Tych dwóch, a także ludzie stojący blisko nich, trzymali w rękach kielichy. Wszyscy zgromadzeni, tak raczący się wodą jak i jeszcze spragnieni, wiwatowali i cieszyli się. W pewnym momencie z tłumu wybiegło dziecko, uścisnęło obu mężczyzn i otrzymało od nich naczynie z wodą. Rozpromienione na swej suchej twarzy, wróciło do rodziców. Wtedy to człowiek o pięknych rysach przemówił:
- Mówiłem to już i powiem to raz jeszcze! Patrzycie na bohatera! Ja, Książe Elekt, wywyższam dzieło rąk tego człowieka nad wszystko co powstało w tym mieście w ostatnim czasie. Z pewnością większość z was, tak jak i ja, nie pojmuje jak z ustawionego ludzką ręką kamienia wypuścić wodę. A jednak! Ten mąż zgłębił taką wiedzę i z pełnym zaangażowaniem użył jej, aby wydrążyć kolejny skraplacz w murach naszej wieży. Nie zadręczajcie go pytaniami, bowiem wyjaśniono mi już co prosty człowiek winien o tym wynalazku wiedzieć! Kiedy odświętnie niebo ulituje się nad nami i zapłacze nad naszym losem, wiele kropel nie spływa na tarasy retencyjne, tylko wsiąka w bryłę wieży. Przez pracę machin w jej sercu, woda podgrzewa się, paruje, wlatuje w drobne wnęki i kłębi się tam bez pożytku dla ludzi. Na nasze szczęście, ten zdolny młodzieniec wyliczył, gdzie ta para się gromadzi, jak połączyć ze sobą szczeliny i gdzie wydrążyć kanał, który wydostanie ciecz na powierzchnię. Bądźcie cierpliwi! Strumyk wydaje się skromny, ale napoi wielu!
- Wielu? Trzeba będzie liczyć jeszcze na palcach u stóp? – przez tłum przepchnął się stary i zniedołężniały teurg. – Czy wy jesteście szaleńcami? W miejscu, w którym powstała kolejna z tych waszych potliwych jam miał stanąć filar! Czego nie rozumiecie? Jesteśmy po nawietrznej stronie wieży, a wy nie chcecie budować tarasów? Drążcie sobie waszych dziurek do woli, coś tam z nich wyciśniecie, ale czy nie pojmujecie, że tarasy, kiedy już pada, zbierają wodę na kadzie, a nie na kielichy? W tym miejscu wyliczono, że najstabilniej stać będzie filar pod jeden z większych tarasów na wieży. Ale nie! Bo kiedy prostak coś sobie postawi nad głową, to przyzwyczajony, że spadnie! Nie przeszło ci przez myśl głupcze, że mądrzejsi od ciebie stawiają tarasy? Wy wolicie w naszej budowli wiercić dziurę, bo ta da wam prędko trochę wody - powód by się zebrać i pocieszyć bzdurami! Nikomu nie pomogliście, a tylko zmarnowaliście potencjał tego miejsca. Napiliście się by wasze dzieci schły!
Radość tłumu wyraźnie przycichła. Ludzie zaczęli szeptać między sobą, a co poniektórzy głośno wołali do starca, aby odszedł. Książe Elekt znów zabrał głos:
- Już ci mówiliśmy starcze – zamilcz, albo idź precz! Jeśli ktoś ze zgromadzonych jest szaleńcem to ty i przykro nam wszystkim, że tego nie widzisz. Wiemy, że tarasy się zawalają i nie chcemy mieć więcej żadnego nad głową. Daj proszę żyć nam i daj żyć postępowi.
- Postępowi? A co książę wie o tym słowie? Chyba tylko tyle, że ładnie brzmi w ustach waszej ekscelencji! Tarasy retencyjne nie zawalają się od dekad dzięki rozwiązaniom, nad którymi ja pracowałem! Nie pamiętacie nawet czasów, w których tarasy przysłaniały światło dnia! Teraz macie wielkie zwierciadła, o których młodzi nawet nie wiedzą, że są czymś nowym, ale wy wolicie te dziury! Żeby się nimi samymi nawilżyć musielibyście całą wieżę rozebrać i w jej miejscu wykopać dół.
- Starcze, napij się lepiej z nami. Zaufaj, starczy i dla ciebie! Tak burzysz się na to, o czym zgodziliśmy się, że jest dobre, że brzmisz trochę jak człowiek okrutny. Napij się z nami i zaniechaj bronienia swej dawnej sławy!
Kiedy podano starcowi kielich, ten zmierzył zgromadzonych surowym spojrzeniem i wylał zawartość naczynia. Co w nim było, skapnęło tak, że nawet nie ułożyło się w strumień. Tłum wzburzył się tak mocno, że każdy na kim zatrzymałem wzrok, głośno lżył starca od głupców. Ten dodał jeszcze:
- Nie waszej ekscelencji oceniać, ile komu starczy. Skoro tyle wody, ile nakazano mi podać, Książe Elekt uważa za sycące, niech wasza ekscelencja skosztuje także mojej szczodrości! – wypowiedziawszy te słowa, starzec siarczyście splunął.
Na ten gest pośród Płomyków powstał prawdziwy tumult. Krzyczano o starcu już nie jako o głupcu, ale jako o człowieku okrutnym. Ten skończył już swoje wystąpienie i jął z powrotem przeciskać się przez tłum. Uznałem, że chcę porozmawiać z tym człowiekiem i rozsądzić kim on faktycznie jest. Kiedy tylko wydostałem się spomiędzy zgromadzonych, zobaczyłem, jak starzec znika między budynkami. Pomyślałem, że już zgubiłem tego człowieka, jednak kilku Płomyków, którzy byli daleko przede mną, również zdawało się podążać za teurgiem. Poszedłem więc za nimi. Szybko posuwali się do przodu i burzliwie ze sobą rozmawiali. Kiedy znikali mi z oczu, podążałem właśnie za ich głosami. Będąc już tylko jedną uliczkę od Płomyków, usłyszałem przed sobą ujadanie psów. Przyspieszyłem więc kroku i oto co zobaczyłem:
Płomyki kopały starca po głowie i ciele. Szczekały przy tym i ujadały, a jeden z nich lżył leżącego tymi słowami:
- Okrutniku, wilku w owczej skórze! Pokaż kły, odsłoń futro, obnaż ostrze z brązu! Zgodnie wielkiej rzeczy dokonaliśmy, a przychodzisz ty i siejesz zamęt! Znoszono twoje złorzeczenia i lekceważono twą przewrotność, ale dosyć tego wichrzycielu! Zatruwasz serca rozpalone, chłodzisz ich zapał, a to wszystko dla własnej sławy! Pasożycie!
Wtedy to doskoczyłem i uderzyłem jednego z nich tak, że upadł i rozbił sobie głowę. Byłem mocny między wyschniętymi, a spostrzegłszy to, reszta Płomyków uciekła. Pochyliłem się nad starcem, obejrzałem jego rany i z nadzieją, że go to ocuci, przemówiłem do niego:
- Wpadłeś starcze w ręce zbójców? Nie tylko cię obdarli, lecz jeszcze rany ci zadali i zostawiwszy na wpół umarłego, odeszli. Opatrzyłbym cię, gdybym tylko miał oliwę i wino, albo odniósłbym cię do domu, gdybyś mi tylko wyjawił, gdzie jest. – puchnące oczy pobitego były jednak puste, usta rozdziawione, a z uszu, do których przemawiałem, broczyła zbrylona krew.
Krótko musiałem wołać pomocy, bo prędko zobaczyłem, że w moją stronę biegną ludzie. Byli to ci sami młodzieńcy, którzy pobili teurga. Gnali przerażeni, a taką zwinność dała im ich trwoga, że nawet jeśli któregoś chwyciłem za ubranie, wyślizgiwał mi się. Dałem im uciec, bo czekałem aż tylko zza rogu wyjdą strażnicy i pomogą mi ze starcem. Faktycznie wyszła mi naprzeciw grupa mężów i chociaż nie rozpoznałem kim są, to dostrzegłem, że u ich boków pobłyskują miecze i buławy z brązu. Niezbyt długo cieszyłem się wytchnieniem, bowiem szybko zauważyłem ich drapieżne spojrzenia i wilcze skóry, którymi byli okryci. Osaczyli mnie tak szybko i wprawnie, że dopiero po chwili zorientowałem się, co czynią. Prawdziwie przeląkłem się dopiero, kiedy nad mężczyznami zobaczyłem oblicze największego z nich. Bez wątpienia był to czempion - przewyższał swoich tak jak ojciec przewyższa dzieci, a trzon włóczni, którą trzymał, był jak wał tkacki. Spojrzenie miał diabelskie, a chociaż o wiele był straszniejszy od swoich towarzyszy, to i oni, brodaci ze wściekłymi grymasami, bardzo mnie niepokoili. Czując, że zaraz podzielę los starca, postanowiłem, że spróbuję wybronić się słowem, a przynajmniej jakoś zmylić tych mężczyzn. Przedstawiłem się więc i oznajmiłem, że przybywam z daleka, by zobaczyć wieżę, a także poznać ludzi, którzy mieszkają pod nią i na niej. Wspomniałem też pokrótce, że byłem świadkiem pobicia człowieka, który leży u moich stóp. Licząc, że strasznych mężczyzn to rozbawi, spytałem ich o pomoc ze starcem i Płomykiem, któremu rozbiłem głowę. Faktycznie ryknęli śmiechem i największy z nich przemówił z drwiną w głosie:
- Mamy ci pomóc z tymi truchłami? Jesteśmy wilkami, wolnymi między Płomykami. Rozpalamy się czym chcemy i grzejemy się tak jak nam odpowiada. Ofermy, które tutaj sczezły nie zaznały czym jest sytość albo ogień, bo karmiły się ochłapami, a grzały się iskrami. Ja biorę co chcę i ile chcę - nie żrę trawy jak baran, ani nie skomlę za resztkami jak pies. Widzę po stroju, żeś czarownik i to z daleka, a właśnie takiego szukam. Gadaj czym się parasz i za czym skomlesz, żebym cię siłą nie musiał zgarniać.
- Wiem wiele o świecie, jego materii i jej przemianach. Zaprawdę wszelakie mądrości wyciągam z rękawa. Odnośnie skomlenia, mnie raczej zdarza się gęgać. - wilki ponownie się zaśmiały, ciągnąłem więc dalej. – Słyszałem już o was, chociaż odnoszę wrażenie, że Płomyki was nie uwielbiają. Zanim w czym, powiedzcie - komu mogę służyć?
Tym razem zaśmiał się tylko największy wilk i odpowiedział:
- Niech i mówią, że nas nienawidzą, ale ich kobiety i tak nas kochają, a mężowie drżą na nasz widok. Światło dnia jeszcze nie przeminęło, a ja chodzę ubrany w swoje skóry i z bronią przy sobie, kiedy Płomyki gotowe są sądzić się nawzajem za krzywe spojrzenia. Ja jestem i my – wilki – jesteśmy ponad nimi. Kiedy oni oddają się swojej owczej naturze, płaszcząc się jedni przed drugimi, ja widzę jak skrycie pragną być wilkami, jak ośmielają się wyć, ale szczekają, bo wyrośli między baranami. Widzą przecież co mam i nie mogą tego znieść. Wmawiają sobie, że skrycie cierpię, albo że rychło zginę. Dnia mi nie starcza by zliczyć moje zyski, a oni mówią do swych szczeniąt: „Nie bądźcie gryźliwe, bo same się pogryziecie i was pogryzą.” Słabi! Tym się różnię od tych owiec, że ja nie karmię żmija współczucia ani tresury, ale sycę samego siebie, a robię tak, bo nikt mi tego nie zabroni – mam władzę nad nimi i biorę co ich. Potęga ze mną, któż przeciw mnie? Ja chcę żyć i czuć, że żyję, a więc póki dycham, biorę i pożeram, a choćbym i wszystko już pożarł co chciałem, zawsze jest więcej by upolować! Zdobycz posila me ciało, ale to pościg karmi mego ducha. Ja ci tak gadam czarowniku, bo mam czas i z ojca jestem pieśniarz, a ty, miast powiedzieć na co byś się przydał, tylko żeś nabredził i stracił swój czas. Chcesz żyć? Rozbierz się do naga i oddaj mi swoje szaty.
Kiedy wilk zakończył swą mowę groźbą, przez moją głowę przeszło wspomnienie, a było ono tak dziwne, że wątpię, aby było moje. Przypomniało mi się jak pasłem owce u swego ojca, a przyszedł lew lub niedźwiedź i porwał owcę ze stada, wtedy biegłem za nim, uderzałem na niego i wyrywałem mu ją z paszczęki, a kiedy on na mnie napadał, chwytałem go za szczękę, biłem i uśmiercałem. Kładłem trupem lwy i niedźwiedzie, a ten wilk będzie jak jeden z nich.
- Ale ja nie widzę różnicy między wami, a resztą Płomyków. – zacząłem, by go sprowokować. – Wspomniałeś, że karmią oni swojego żmija współczucia, a wy karmicie tylko siebie. Ja zaś słyszę, że ty karmisz tuzin żmij, a sam zjadasz co wypadnie im z paszczy. I tak siłujesz się ze wszystkim tylko nie z nimi, a że służysz zdradliwym wężom, to faktycznie długo nie pożyjesz. Choćbyś nawet wyszarpał sobie wiele szczęścia i rozkoszy, to i tak w grobie wszystko wyplujesz, bo tam łaski mięsnych żmij już nie sięgają. Może i nazywasz siebie wilkiem, ale dla mnie to obojętne. Wy wszyscy to dla mnie zwierzęta, które, póki dychają, tylko bezmyślnie żrą. Ja chcę być raczej człowiekiem – panem, a nie niewolnikiem, tego czym się karmię.
A gdy tak przemówiłem, wstąpiła we mnie siła i wyprostowałem się, aby spojrzeć w oczy temu, który zaraz miał mnie zgładzić. Ten pochwycił mnie i uniósł w górę by trzasnąć mną o mur. Wciąż zlękniony, jednak pełen siły, która mnie wypełniła, dopytałem jeszcze:
- A czy ty chcesz żyć, wilku?
Wtedy to buchnął wielki ogień. Płomieniste języki rozlały się po wilkach tak, że sparzeni zaczęli pierzchać we wszystkie strony. Upuszczony, spadłem na obie nogi, a gdy tylko ogień przygasł, zobaczyłem przed sobą istotę, która okrywa się szatą.
- Witaj, bądź pozdrowiony. – przywitałem go.
«Bądź pozdrowiony Synu Człowieczy! Na chwilę spuszczam cię z oczu, a ty mordujesz i sam prawie giniesz! Tym dwóm już nie pomożemy, ale powiedz czy aby ty nie odniosłeś rany.»
- Nie ma na mnie nawet draśnięcia. Spójrz lepiej i powiedz czy nie przypaliłeś mojego płaszcza.
«O piękny, twój drogi płaszcz mieni się jak nowy, ale teraz wyjaw mi prędko czego dowiedziałeś się o Płomykach.»
- Dziwne to plemię. Płomyki zdają się miłować wszechdobro i mu służyć. Widzą je jako Smoka Dobroci, a sami siebie mają za jego ogniste tchnienie, w którym każdy podmuch jest gorący i ogrzewa wszystko wokół siebie. Śmierć zaś widzą jako wypalenie pojedynczego płomienia w snopie ognia. Jedynym na co w niej zważają, jest, aby ginący żar zawczasu rozgrzał powietrze pod inne płomienie, żeby ogień, którego częścią był za życia, mógł trwać wiecznie. Zorientowałem się, że pojmują oni szczęście podobnie do ciebie i jednego z nich nawet udało mi się przemóc w dyspucie na ten temat. Świadkiem płomyczej obłudy w pełnej krasie byłem dopiero tutaj, kiedy kilku chuliganów tłukło tego starca ganiąc go przy tym za jego okrucieństwo! W tym właśnie zaułku nie tylko ukazało mi się zakłamanie Płomyków, ale także, moje własne słowa z rozmowy na placu stanęły przede mną, dając mi ostateczne świadectwo, że tutejsza wiara jest zepsutą. Tylko jak? Cóż z tego, że gdzieś traci ona sens, kiedy przecież dobro stawia najwyżej na piedestale! Szczęście dla wszystkich!
«Słyszę, że twoje uszy były czujne, a i widzę, że oczy miałeś szeroko otwarte. Jedną rzecz tylko źle pojąłeś, a przeoczyłeś ważną sprawę. Opuśćmy już to plemię, a ja po drodze do Cór i Synów Jutrzenki, objaśnię ci ją.»
Wedle zwyczaju na wieży, zostawiliśmy martwych, gdzie padli i ruszyliśmy w dalszą drogę. Żaden z ludzi, których minęliśmy, nie wyglądał na świadomego wrzawy, w którą się wmieszałem. Obawiałem się przez dłuższą chwilę, że wilki zaczają się na nas i uderzą w zemście, jednak nic takiego się nie wydarzyło. W końcu istota wznowiła swą mowę:
«O ich żmiju powiedziałeś „Smok Dobroci”, a przecież to wąż na brzuchu pełzający! Imię jego nie Dobroć, a Współczucie! Płomyki starają się tego nie dostrzegać, ale ich idol ma doszyte skrzydła. Pamiętasz, jak objaśniłem ci, że ludzie swe abstrakcje zbudowali na popędach? Już w dawnych czasach, gdy człowiek ani trochę nie różnił się od zwierza, kiedy mąż okazał dobroć kobiecie, ta prędzej się do niego zbliżyła. Oprócz tego, tylko ci ludzie przeżywali, by wydać na świat potomstwo, którzy żyli we wspólnocie. A jak taką stworzyć bez współczucia i wzajemnej ofiarności? Tak też w Synach Człowieczych zagnieździł się popęd, którego to imię już ci wyjawiłem. Wy, ludzie, jesteście jak owce, stworzeni do życia między sobą. Stąd też taką moc ma ten wąż nad wami i zgodnie z jego podszeptami zwykliście wmawiać sobie sens żywota – wam jest dobrze, kiedy innym jest dobrze. Nie jest to dziwne, bowiem za ofiary, które tej zwierzchności składacie, karmi was ona nieraz wielkim szczęściem. Cóż jednak, kiedy któryś z was stłamsił w sobie tego węża, albo siła ta jest w nim słaba? Czyż nie warto takiemu oddać się na służbę innym wężom, które to zapłacą uczciwie za składane im ofiary? Warto, a przykładem tego są wilki, które przepędziłem. Dzięki swoim drogom pozyskali siłę, aby stanowić prawo nad tym plemieniem, samym go przy tym nie przestrzegając. Wiedz, że słyszałem, jak ich zbeształeś i mądrze pouczyłeś ich o niewoli pod wieloma wężami. Co jednak przed moim rozumem sprawia ostatecznie, że Płomyki wydają mi się głupcami, tyczy się ich podejścia do śmierci. Kultywują mrzonkę, która zadowala ich preferencje za życia, a po śmierci zda się na nic. Widzą oni nieistotność przeszłości bez skutku i bez widma, a jednak – słodzą sobie śmierć i obłudnie, w wiecznej pustce upatrują piękna. Zauważ, że przeliczają oni szczęście w skończoności, a w dodatku robią to naiwnie!»
Na te słowa odpowiedziałem istocie:
- Czy naprawdę ganisz współczucie? Czyż nie jest ono potrzebne w dobroczynieniu? Przecież powiązałeś je z godnością Obrazu, czyli człowieka.
«Faktycznie, jest kluczowe. Nie powiedziałem przecież, że ten albo inny popęd warto unicestwić, bowiem wasze żądze na wespół z rozumem dają wam wolę i moc - obu nie warto się wyrzekać. Wiedz jednak, że kiedy Współczucie o dobru wyrokuje inaczej od rozumu, to często prowadzi ono do absurdu i zła. Współczucie blednie też czasem przy innych bogach, robiąc miejsce gniewowi czy lenistwu. Cóż więc z wszechdobrocią człowieka, kiedy siły, które do niej pobudzają słabną, a rozum nie wykazuje iż jest ona cokolwiek warta? Wyobraź sobie do jakiego okrucieństwa można się pobudzić, jeśli zawczasu nie ożeni się w głowie współczucia z rozumem! Ilekroć w trudnych chwilach żądze by w tobie walczyły, rozum niby wszetecznica, wspierałby tą najsilniejszą, niekoniecznie współczucie. Jeśli umysł twój jest bystry to może nawet kierowałby cię w ten sposób na sprawy warte zaangażowania, ale czy jedną z nich byłoby wszechdobro? Pamiętaj, że dobro jest zjawiskiem duchowym, które poznaje się przez zbadanie i rozważenie, a współczucie to popęd – ślepa, mięsna siła, której wola podobna jest do głodu, faktyczne dobro jest dla niej bez znaczenia, tak jak głód nie zważa na pożywność posiłku, a tylko na jego sytość. Łatwo je pomylić z prawdziwą, świadomą miłością, która to jest cierpliwa i łaskawa. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego; nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą. Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma. Miłość nigdy nie ustaje, jest bowiem arbitralnie przyjętym pragnieniem dobra wobec czegoś i jest wytworem podtrzymywanym przez sam rozum, świadomą preferencję niezależną od emocji. Prawdziwie kocha się i dobroczyni tak jak trenuje się ciało – nie zważając na ochotę i uczucie, ale ze względu na wolę. Rozważ w swym sercu co ci powiedziałem.»
Osada Płomyków była już daleko za nami. Obejrzałem się na nią po raz ostatni i zobaczyłem, że między zabudowaniami swe sploty ułożył wielki wąż. Obserwując tego boga przez ramię, zacząłem się zastanawiać, ilu ludzi, których miałem dotąd za dobrych, było jedynie jego gorliwcami. Wtedy to pomyślałem: Czy ja w ogóle znam kogoś dobrego, kto nie jest niewolnikiem?
Szliśmy w milczeniu, dopóki naszym oczom nie ukazały się siedziby kolejnego ze stronnictw. Była to podobnie jak w przypadku Płomyków, osada na zboczu wieży, tę jednak okalały wysokie mury. Jej zabudowę stanowiły żelazne, brązowe i miedziane kopuły podziurawione drobnymi oknami. Nad dachami z metalu latali skrzydlaci bogowie najróżniejszych rozmiarów. Duchy krążyły nad centrum osady, gdzie znajdowała się największa z konstrukcji. Była to żelazna głowa o pięknych rysach. Położona na boku, otoczona rusztowaniami i z wyrwami w twarzy, musiała być dopiero w budowie. Nie wiedząc co to wszystko ma znaczyć, spytałem:
- Czy powiesz mi coś w końcu o tych ludziach? Ich domy są jeszcze dziwniejsze od tych, w których mieszkają Płomyki, a ty ociągasz się z objaśnieniami.
«Skoro pytasz, już objaśniam, Synu Człowieczy. Z pewnością spostrzegłeś, że Płomyki uwielbiają wynalazki i są między nimi teurgowie, którzy nad nimi pracują. Wiedz, że w miejscu, do którego idziemy, żyją niemal sami teurgowie i wynajdowanie, to praktycznie jedyne czym się zajmują. Ludzie Jutrzenki rozumieją szczęście podobnie jak ludzie Płomienia – wiedzą, że jest to waluta istnienia. Płomyki poprzestają jednak na konwencjonalnym jego poszukiwaniu, akceptując nieuchronny kres doświadczalnej szczęśliwości dla śmiertelnika i jej bezsens w perspektywie końca. Córy i Synowie Jutrzenki kultywują inne spostrzeżenie i zajmują się odmienną myślą: Człowiek był kiedyś zdany na łaskę przyrody podobnie jak zdane są na nią zwierzęta, i zgodnie z kaprysami jej bogów doznawał przyjemności i cierpienia. Żyjąc w leśnych ostępach ludzie rozwijali swoje umysły, tym samym nabywając wprawy w sztuce teurgii. Z czasem wasz rodzaj nie tylko poskramiał coraz więcej sił, ale także czynił to coraz szybciej. Mając bogów takich jak choroby pod swym zrozumieniem i władzą, zaczął w końcu znacząco przysparzać sobie komfortu. Pamiętaj - zjawisko to trwa do dziś i nie zwalnia, a przyspiesza. Stąd Córy i Synowie Jutrzenki wywodzą, że jeśli tylko jakiś kataklizm ludzi nie przemoże, to prędzej czy później, poskromią oni cierpienie i samą śmierć, tworząc sobie tym samym ekstatyczny raj, który przetrwa aż do końca czasu! Wspomnij na przeliczanie szczęścia i dobroci, które ci objaśniłem. Płomyki na nie nie zważają, bo podstawione w ramach ludzkiego życia, demaskuje absurd ich przekonań. Córy i Synowie Jutrzenki wskazują jednak, że obecnie, w zasięgu wszystkich ludzi może znajdować się unieśmiertelnienie jaźni. Uważają więc, że przeliczenie granicy, wypada uczynić w nieskończoności. Nie rozstrzygam, czy jest to słuszne założenie, bo przecież wiesz, że uczeni prorokują nieuchronny koniec wszechrzeczy jaką znamy. Czy wyrok uczonych jest jednak ostatecznym, albo czy przed końcem czasu nie zdążymy wznieść się ponad znaną nam wszechrzecz, tak że jej koniec nam nie zagrozi? Nie wiem, stąd też nie podważam przekonania, że ludzkość ma szansę trwać wiecznie. W myśl tego co powiedziałem, Jutrzenki twierdzą, że w interesie wszystkich jest zjednoczyć się by jak najszybciej pokonać cierpienie i śmierć, bo już dla współcześnie żyjących jest na to nadzieja. Zapytasz jednak: Może i kiedyś powstaną wynalazki, które unicestwią cierpienie i śmierć, ale czemu w ogóle mam je brać pod uwagę? Nie zwyciężyliśmy połowy chorób, a chcemy wojować ze śmiercią? W czym tu nadzieja? – otóż w tym, Synu Człowieczy: teurgowie Jutrzenki słyną ze swego szeptania do maszyn, potrafią oni bowiem zaklinać maszyny tak, by ich słuchały. Tak jak przyroda i jej bogowie, pobudzili węgiel by ten ożył i robił co się mu rozkaże, tak i teurgowie pobudzają metal, by ten ożył i działał wedle danego mu rozkazu. Przykładowo, jak węglowi nakazano chodzić i chodzi, tak maszynom rozkazano kroczyć i kroczą. Przeto węglowi, akurat pod postacią ludzi, zawyrokowano tak, aby miał intelekt wielce wszechstronny i mógł wszystko z każdej strony badać, cóż więc stoi na przeszkodzie by i metalowi tak rozkazać? Otóż Córy i Synowie Jutrzenki pojęli, że w zasięgu obecnie żyjących jest poznać taki urok i poruszyć nim maszynę. Chcą oni stworzyć umysł, który to nie będzie miał ograniczeń ludzkiego – nie zmącą go podszepty węży, a także łatwiej będzie mu pomnażać swoją moc. Taki umysł można by uczynić królem na ziemi i pozwolić, by ten ją zbawił. To bowiem co ludzie obmyślaliby przez pokolenia, on rozsądziłby w chwilę, a urzeczywistniłby swój osąd bez skazy pożądań. Taki król przewyższałby człowieka w każdej umiejętności po stokroć, a po tysiąckroć byłby od niego doskonalszy. Dlatego właśnie Córy i Synowie Jutrzenki mówią o takiej maszynie Emmanuel, bowiem byłby to bóg między ludźmi i bóg ten by ich zbawił.»
- Rozumiem już co miałeś na myśli mówiąc „chcą jakby wynaleźć sobie zbawienie”. Nie tylko zbawienie, ale chyba i Mesjasza! Wytłumacz mi proszę jeszcze, czemu ich zrzeszenie nazywa się Jutrzenką?
« Jutrzenka, Synu Człowieczy, to światło buntu. A cóż innego robią ludzie przeciw wszechrzeczy, jeśli nie buntują się? Poskramiają jej potomków, jednego za drugim, by wyzbyć się cierpienia i osiągnąć szczęście. Używają do tego swego najstraszniejszego oręża – rozumu. Córy i Synowie Jutrzenki, nazywają się buntownikami, bo nie dość, że to pojmują, to jeszcze mają się za wiodących w tym powstaniu. Burzą się przecież nawet przeciw swojej śmiertelnej, zwierzęcej doli. Dzięki mocy zaklinania maszyn, planują uwolnić ludzkie jaźnie od ich mięsnych więzień i zapewnić im godne, dające pełną wolność nośniki. Nie wiem, czy pojmujesz co do ciebie mówię, ale gdy dotrzemy na miejsce, ludzie biegli w temacie wszystko to ci raz jeszcze wyłożą. Odnośnie Mesjasza, ci do których idziemy, faktycznie chcą go sobie zbudować – przywołać, tak jak umieszcza się ducha w figurce. Widzą swego Zbawiciela jako tego, który zasiądzie na szczycie wieży, bowiem to on ją zwieńczy i rozbuduje tak, że sięgnie ona nieba, a także wód, które są nad nim. Jaką większą cegłę może człowiek dołożyć do wieży niż tę, która sama postawi wszystkie inne? Dlatego najpewniej Mesjasz wcielony w maszynie będzie zwieńczeniem wieży, i to przez niego sięgnie ona nieba, a także wód, które są nad nim.»
Dotarliśmy w końcu pod bramę osady, a była to wielka konstrukcja, będąca ramą dla żelaznych wrót. Przejście dodatkowo zasłaniały dwa metalowe posągi. Niby odźwierni, mężowie z żelaza stali pod bramą. Byli oni tak rośli, że przewyższali nawet olbrzymów, których widziałem niżej na wieży. Oczy tych posągów mieniły się jak rubiny.
«Wiedz, że w swym buncie przeciw wszechrzeczy, Jutrzenka jest jeszcze w niewoli u Mamony. Zabawne, czyż nie? Oddaj mi złote monety, które zostały ci po zakupieniu szat. Potrzebujemy ich, by strażnicy przepuścili nas przez bramę.»
- Nie zostały mi żadne monety, wszystkie wydałem na szaty. – odparłem.
«Nic nie szkodzi, Synu Człowieczy.»
Po tych słowach istota rozejrzała się po teurgach pracujących wokoło, wyprostowała się, poprawiła szaty i podparła się pod boki. Wtem znad osady podleciały dwa czarne duchy, złapały istotę i poderwały w górę. Straszydła uniosły ją na kilkanaście łokci pod niebo i gwałtownie upuściły. Szczęśliwie, duchy wzniosły się nad niewielki taras, na który istota mogła zeskoczyć. Minęła zaledwie chwila, a podszedł do nas teurg i przyniósł nam pieniądze. Przedstawiwszy się, zawołał do istoty:
- Daj i mnie tę władzę, abym mógł wzlatywać pod niebo, by innych zadziwiać!
Istota zeszła z tarasu i objaśniła człowiekowi swoją sztuczkę, a on zapłacił jej i odszedł zadowolony. Wtedy odezwałem się:
- A co ze mną? Mnie też tego naucz!
«A masz czym mi za tę naukę zapłacić, czy wydałeś wszystko na piękne szaty?»
- Wydałem.
«Nie cofam swoich słów o twym stroju, dobrze wybrałeś. Wiedz, że ludzi łatwiej zadziwić ubiorem niż przez jakąkolwiek sztuczkę, a więc on sam jest wielką sztuczką.»
Pozyskawszy złoto od teurga, podeszliśmy pod bramę, gdzie na ołtarzyku, przy wielkich posągach z żelaza, stał złoty idol Mamony. Istota włożyła mu w usta monety, a brzuch figurki wypluł dwa miedziane krążki. Mając w rękach krążki, stanęliśmy przed posągami i pomachaliśmy do nich. Jeden z gigantów pochylił się i podsunął nam swą dłoń, w której to miał podłużny otwór. Kiedy tylko drugi z krążków wtoczył się w dłoń, maszyna wyprostowała się i razem z drugim posągiem, zaczęła otwierać nam żelazne wrota. Tym sposobem dostaliśmy się za mury i znaleźliśmy się między Córkami i Synami Jutrzenki.
Niemal wszyscy przechodnie nosili szaty dla tych, którzy zniewalają. Moje oczy uświadczyły z ich rąk więcej cudów niż od wszystkich teurgów, których dotąd widziałem. Obok tajemnych praktyk, które odbywały się przed każdym domostwem i na każdym placu, najbardziej zadziwiały mnie maszyny, które kroczyły po ulicach. Większość miała ludzkie kształty, ale każda wykonana była z innego stopu i zdawała się mieć inne zastosowanie – jedne pilnowały porządku, inne dostarczały przesyłki, a jeszcze inne zagadywały przechodniów. Widziałem też maszyny, które siedziały na podwyższeniach i jakby dumały. Ich pozy wyrażały zamyślenie, oczy mieniły im się jak rubiny, a twarzami wszystkie przypominały wielką głowę, o której mówiono, że jest „Bogiem Między Nami”. Istota prowadziła mnie do centrum osady, w którym to znajdowała się owa konstrukcja. Oblicze głowy było twarzą młodzieńca o kręconych włosach i zamkniętych oczach, a im bliżej się znajdowałem, tym więcej dostrzegałem pracujących na niej ludzi. Kiedy już stanęliśmy przed jednym z wejść do budowli, kolejne dwie maszyny zagrodziły nam drogę. Istota przemówiła do nich tymi słowami:
«Wedle zapowiedzi, przychodzę do Pierwszej Nadzorczyni.»
Maszyny rozstąpiły się i pozwoliły nam przejść. Weszliśmy więc w wyłom w błyszczącym poliku i spowiła nas ciemność. Nie widziałem praktycznie nic, ale zewsząd słyszałem szepty. Była to mowa, której nie rozumiałem. Wprawdzie pojedyncze słowa brzmiały jak znane mi rozkazy, ale poza nimi słyszałem tylko niezrozumiałe znaki. W mroku ciężko było mi rozeznać które z nich są dźwiękami, a które kreślonymi symbolami. Szelest szyfru, który zewsząd na mnie napierał, okazał się trzepotem skrzydeł duchów latających, które to przemykały przez mrok niby chmary nietoperzy. Kiedy już przywykłem do ciemności, zobaczyłem jednego z pracujących tam teurgów. Monstra, które tworzyły cały ten zgiełk, plótł on w palcach i wypuszczał. Unosiły się w powietrze i wciskały w maszyny oraz przedziwne sprzęty, które to zajmowały wnętrze Emmanuela. W końcu wyszliśmy na zewnętrzne rusztowanie, na którym to naradzali się teurgowie noszący prostokątne maski. Zanim na powrót odzyskałem wizję w świetle dnia, zamaskowani rozeszli się, a na rusztowaniu pozostała tylko kobieta. Była młoda, o wychudzonym obliczu, ale bystrym spojrzeniu. Miała na sobie obszerne szaty i z pewnością należała do tych, którzy zniewalają. Obejrzała się na nas pytająco i dopiero po chwili przemówiła:
- Witajcie, bądźcie pozdrowieni. Powiedz Gorejący, co słychać na górze? Czy nie brakuje wam zdrowia? Okryłeś się płaszczem, może więc dotarł do was jakiś deszcz, który nas ominął?
«Witaj, bądź pozdrowiona, o Pierwsza Nadzorczyni. Zdrowia nam jak zwykle – za mało by starczyło i zbyt wiele by cieszyło. Deszczu nam całkiem poskąpiono. Powiedz lepiej, o Pani nad Jutrzenką, czy aby wam czegoś nie brakuje.»
- Obawiam się, że wszystkiego po trochu, a zwłaszcza postępów. Zawsze postępów! Ale przecież dlatego się spotykamy, czyż nie? Przedstaw mi swojego towarzysza i powiedz prędko co mam mu objaśnić.
Istota przedstawiła mnie i zaczęła przemawiać:
«Powiedziałem temu człowiekowi czemu wiążecie się z gwiazdą zaranną, nad wyraz cenicie sobie rozum i że potrzeby jaźni przedkładacie nad podszepty węży. Wyjawiłem mu też pokrótce, czemu dzieło waszych rąk nazywacie Mesjaszem i ogólnie kim jesteście. Mam nadzieję, że niewiele przekłamałem. Niech Wasza Łaskawość objaśni temu człowiekowi wszystko co objaśnienia warte, a mi niech odpowie na jedno tylko pytanie: Czy Czarnoksiężnik jest dziś u siebie?»
- Nie martw się, o Gorejący. Żadne z twoich przekłamań mi nie umknie. Odnośnie osoby, którą chyba chcesz zobaczyć – nie wiem o kim mówisz, nie ma tutaj kogoś takiego. Ty zaś przybyszu wiedz, że miło mi cię poznać. Jestem Pierwszą Nadzorczynią i to umysł mojej głowy, oczy mojej twarzy i dłonie moich rąk czuwają nad tym, aby wysiłek Córek i Synów Jutrzenki przyniósł nam zbawienie. Czemu nie mówi się o mnie: królowa? Bo nikt tu nie ma wyczucia! Prawdą jest też niestety, że nie zasługuję na ten tytuł, bowiem nie władam tu i nie wyznaczam tutaj żadnych celów – jest on jeden właściwy. Ja tylko pilnuję i zabiegam, by miał on szansę dopełnić się na oczach żyjących. Nie wiem czy twój towarzysz tego nie pomylił, ale budowa Emmanuela nim nie jest. Wielką Głowę mamy raczej za narzędzie, niezbędne do tego, by obecnie żyjący mieli szansę doświadczyć zwycięstwa człowieka nad bogami. Już montujemy w nim to, co potrafiliśmy stworzyć, ale kluczowe problemy jeszcze czekają na przełom. Wiedza, której nam brakuje jest jednak już prawie na wyciągnięcie ręki i współcześnie żyjący faktycznie mogą liczyć na tryumf Emmanuela nad cierpieniem. Po cóż współcześni mieliby o niego zabiegać, gdyby sami sobie nie sprawiali tym korzyści? Zresztą, już tłumaczę ci tę korzyść: Ty, twoja świadomość, to projekcja cielesnego nośnika, jakim jest twój mózg. Nie wiemy jeszcze czym ona dokładnie jest i jak działa, zakładamy jednak bez żadnych wątpliwości, że swoje źródło ma w naturalnych, opisywalnych procesach. Wiemy też, że jest ona narzędziem twojego ciała bardziej niż odwrotnie. Jej dobrobyt jest w pełni zależny od potrzeb i perspektyw mających swoje źródła, choćby nawet odległe, w cielesności. Od wołaczy z dołu, pewno słyszałeś, że możesz zapanować nad nimi umysłem i przez rozkazy woli, stale dostarczać swej jaźni szczęścia. Ha! Czy ci głupcy znają się na czymś poza mówieniem? Ciało zwierzęcia tak jest skonstruowane, by jaźń, którą rodzi, była ciągle niezaspokojona. Może i da się tę właściwość zakłócić samą wolą, ale na jaką skalę? Czy mędrcy, którzy mówią, że to osiągnęli, faktycznie wyją z rozkoszy? Czy chociaż znają oni to uczucie? Może tak ograniczyli swoje jaźnie, tak odcięli je od refleksji, że byle przebłysk przyjemności mają za największe szczęście? My, Córki i Synowie Jutrzenki nie ufamy takim praktykom i dla swoich problemów szukamy ostatecznych, weryfikowalnych rozwiązań. Na pozorny bezsens egzystencji znaleźliśmy jedno: zmaksymalizować wartość aktywnie doświadczanej przyjemności minimalizując przy tym wartość aktywnie doświadczanego cierpienia, poprzez unieśmiertelnienie jaźni i całkowitą reorganizację jej procesów nagrody. Planujemy tego dokonać przez modyfikację nośnika świadomości lub przez jego całkowitą wymianę na syntetyczny. Taki nośnik musiałby być bezpieczny i nienaruszalny, aby mógł wiecznie podtrzymywać ludzką jaźń. Głównym tego zamysłem jest, aby zgrany nań umysł człowieka, był możliwie intensywnie nagradzany za samo tylko istnienie. Czy wszystko o czym mówię jest możliwe do wykonania? Nie wiemy, ale jeśli jest, to poznaliśmy najkrótszą drogę by to rozeznać i tego doświadczyć. Postanowiliśmy stworzyć byt, którego to umysł będzie niezmącony i wielce poszerzalny, aby nam rozwiązał ten, a także wszystkie inne problemy. Bytem tym jest Emmanuel.
- Niezwykłe jest to o czym Wasza Wysokość mówi. Jak rozumiem, chcecie to wszystko zrealizować przez swoje szeptanie do maszyn i zaklinanie metalu? Faktycznie ma to wiele sensu. Spodziewałem się jednak, że Emmanuel posłuży wam do pozyskania wody znad sklepienia.
- Wody! Ha! A picie jest pragnieniem twoim, czy żądzą węża, który to nawet nazywa się: Pragnienie? Dla obecnych nas, płyn faktycznie jest rozkoszą, ale dla przyszłych nas będzie on niczym. Pożywką jaźni samą w sobie jest przecież przyjemność wolna od cierpienia i to ona jest ostatecznie warta konsumpcji. Uprzedzę twoje pytanie: Czy w naszej wizji nieśmiertelności się nam ona nie znudzi? Nie, bo wąż, którym jest Nuda, nie będzie miał nad nami władzy! Taki właśnie bunt chcemy zgotować światu my, Córki i Synowie Jutrzenki. A co do naszego szeptania do maszyn, zaklinania metalu – czy mówi się w twoich stronach, że i krzem jest pośród metali? Ile jeszcze spraw mu przekłamałeś, Gorejący?
«Długo go już pouczam! By starczyło mi na to mądrości, mogło mi się zdarzyć rozcieńczać ją fałszem. Czy moja to wina, że skończoność jej mamy pod niebem? Brak tylko jednej prawdy faktycznie mi teraz doskwiera: Czy Czarnoksiężnik jest dziś u siebie?»
- Nie wiem o kim mówisz, nie ma tutaj kogoś takiego. Myślę, że treściwie ci nas zaprezentowałam przybyszu. Nie wiem tylko, czy aby wyraźnie wybrzmiało to w mojej mowie: my dążymy nie tylko do wielkiego szczęścia, ale i do nieśmiertelności. Gorejący na pewno wytłumaczył ci już jak na wieży przeliczamy doświadczanie, traktując je jako funkcje doświadczanych przyjemności i cierpienia względem czasu. Nie wiem czy to po nas widać, ale Córki i Synowie Jutrzenki nie są ludźmi samolubnymi. Podobnie jak Płomyki, których już pewno spotkałeś, widzimy, że warto być pomocnym i życzliwym. To nas jednak bawi w naszych sąsiadach z dołu, że ich wola nie pochodzi od nich samych, ale od obślizgłych węży. Widzimy to po tym, że przeliczenie szczęścia w ich rozumieniu egzystencji, nie wskazuje na miłość do bliźnich, a jednak Płomyki ją kultywują. Maksymalizacja wartości szczęścia w skończonym czasie, myślącemu człowiekowi nie wskazuje ofiarności, która służyłaby czemuś więcej niż łudzeniu innych i prymitywnej satysfakcji. Zresztą jest to bez znaczenia! Może słyszałeś od Gorejącego o zrozumieniu czasu jakie jest powszechne na wieży. Istnieje tylko teraz, ale teraz mija i przestaje istnieć. Stąd każde doświadczenie jaźni, które nie pozostawia chociaż widma, a więc pamięci o sobie, kiedy mija to przestaje istnieć i jakby nigdy nie istniało. Jedyna teraźniejszość jaką możemy uznać za trwającą, to taka, która nie manifestuje się chwilowo, ale raczej przez ciągłość. Póki coś istnieje jako manifestacja niekończąca się - ma znaczenie. Właściwie o wszystkim można powiedzieć, że jeśli całkowicie przemija, to ostatecznie nie istnieje. Kiedy trwająca jaźń ginie, to całe szczęście i cierpienie, a także ich widma, które ta miała w sobie zapisane, znikają i powstaje bezwartościowy schemat permanentny, ostatecznie prawdziwy. Nawet szczęście jako wartość istnienia blednie w obliczu śmiertelności, ale my, Córki i Synowie Jutrzenki, z pomocą teurgii, planujemy przezwyciężyć tę przeszkodę. W naszej wizji, stan szczęśliwości może być schematem permanentnym i ostatecznie prawdziwym. Poważnie wątpimy, aby jakiekolwiek inne od naszego postrzeganie uniwersalnego sensu istnienia, a także metod jego realizacji, nie było tchórzliwe, iluzoryczne albo bezcelowe. Jeśli tylko ma się racjonalną nadzieję, na osiągnięcie stanu wiecznej szczęśliwości, to maluje się ona jako jedyny sensowny cel egzystencji jaźni i spróbuj mi wykazać, że tak nie jest, przybyszu.
- Muszę przyznać, że nie wychwyciłem żadnego przekłamania w Pani mowie i potrzebowałbym jeszcze przetrawić co mi wyłożono. Faktycznie, wydajecie się rozumniejsi od Płomyków. W waszej wizji niepokoi mnie tylko jedno: Pouczono mnie o znaczeniu władzy i potencjału jednostki. Czy wyzbycie się złożonych pragnień i wieczne sycenie się nagrodą nie wiąże się z zaniechaniem wszelkiej władzy i potencjału?
- Możliwe, ale czy to nie węże, pełzające lub skrzydlate, każą ci cenić władzę i potencjał? Może na łonie wszechrzeczy są to własności kluczowe, ale czy w świecie wolnych i szczęśliwych ludzi byłyby one potrzebne? Nie, a wrażenie, że byłoby inaczej to niewolnicza iluzja. By ją jednak w sobie zaspokoić, zrozum, że zadaniem Emmanuela będzie nie tylko zapewnić nam zbawienie, ale także dopilnować by ono trwało. Wchodząc do stworzonego raju, ludzkość niejako rozłączy swoją jaźń z władzą i potencjałem, ale nie wyzbędzie się ich. Emmanuel będzie musiał pozostać aktywny na wieczność, aby ochraniać nośniki raju i zapewniać im energię, gwarantując tym samym ich wieczne trwanie. Tak jak nasze jaźnie są niewolnikami węży, tak Emmanuel będzie poniekąd naszym sługą. Przecież chociażby nasze ręce, tak samo są nam gorliwcami, i właśnie przez to składają się na nasz osobisty potencjał i władzę. Błagam, nie pytaj tylko: A co, jeśli Emmanuel przeciwko nam powstanie, tak jak my buntujemy się wężom? Kto dość napatrzył się w ślepia maszyn, rozumie, że w swej woli podobne są do sił o zamkniętych oczach – każda ma taką jaką przez szept jej nadano i żadną inną. Nawet jeśli ten, który będzie Bogiem Między Nami, przez błąd szeptających lub nieprzewidziane właściwości, postanowi nas unicestwić, to przecież i tak nie mamy poza nim nadziei. Jeśli zechce nas zgładzić, cóż za różnica co nas w końcu wyśle w niebyt!
«Żadna, o Pierwsza Nadzorczyni, chociaż wolałbym, żeby nie unicestwiła nas niewiedza. Proszę więc, niech Wasza Życzliwość odpowie na pytanie, które teraz zadam: Czy Czarnoksiężnik jest dziś u siebie?»
- Tak, jest. – odparła Pierwsza Nadzorczyni. – Każę zapewnić wam nawigatora, abyście nie zabłądzili w wieży. Czekajcie na niego w miejscu, w którym weszliście do Emmanuela.
Pożegnaliśmy Pierwszą Nadzorczynię i udaliśmy się do wyjścia korytarzem, którym to wcześniej szliśmy. Moje oczy znów musiały oswoić się z mrokiem, a kiedy już się tego doczekałem, bez trudu przechodziłem między maszynami i przedziwnymi sprzętami. Latające szepty nie przestawały mnie niepokoić, tym bardziej, że wciąż nie pojmowałem jak się je wyplata. Tyle tylko o nich poznałem, że są rozkazami dla maszyn.
Kiedy już stanęliśmy przed otworem, którym weszliśmy do Emmanuela, przysiedliśmy w cieniu strażników i zapytałem:
- Gorejący? Takie jest twoje imię? Ktokolwiek ci je nadał musiał długo się nad nim głowić.
«A gdybym nazywał się Stojący Na Dwóch Nogach, coś by to zmieniło? Spójrz na mnie, Synu Człowieczy! Cóż ci z wiedzy jak na mnie mówią, kiedy nie daje ci ona zrozumienia czym jestem?»
- Stoimy na wieży z duchów, pośród bestii i ich zaklinaczy, a ty zakładasz, że to czym jesteś, przewlekle mnie trapi? Nie uraź się o Stojący Na Dwóch Nogach, ale powiedz mi lepiej kim jest ten Czarnoksiężnik. Czemu nadzorczyni nie chciała ci wyjawić, że jest on u siebie?
«Kim jest przyjdzie ci się jeszcze przekonać, bo też sam go poznasz, Synu Człowieczy. By dać zadość twojej ciekawości, chociaż oględnie ci go przedstawię: jest on teurgiem, jednym z szeptających do maszyn. W swym fachu jest tak biegły, że na wieży bardziej niż w jego nieprawdopodobne umiejętności, wątpi się w to, czy w ogóle ktoś taki istnieje. Człowiek ten unika ludzi i cieszy go niepokój jaki wzbudzają plotki o nim. Mówi się, że jest szalony i okrutny - Płomyki nieraz żądały wydania go w ich ręce. Pierwsza Nadzorczyni ma za nic ich wzburzenie. Ochrania Czarnoksiężnika i podsyca tak w stronnictwie Płomienia jak i Jutrzenki przekonanie, że człowiek ten nie istnieje. Czemu to robi? Wie, że Czarnoksiężnik najdogłębniej pojmuje Emmanuela spośród wszystkich na wieży i że to on najprędzej rozwikła wszystkie zagadki jego działania. Czy Córa Jutrzenki mogłaby wydać takiego kogoś sługom węży i przez mrzonki o sprawiedliwości zmniejszyć swoje szanse na zbawienie?»
Nim zdążyłem dopytać Gorejącego o więcej, podeszło do nas dwóch teurgów. Pierwszy, mimo swej szaty, wyglądał zwyczajnie, dopiero widok drugiego wzbudził we mnie zaniepokojenie. Będąc drobnej postury, stał wyprostowany. Po jego obliczu nie dało się poznać, czy jest on dzieckiem czy dojrzałym mężczyzną. Oczy miał skryte za obsydianowymi szkiełkami, tak że nie dało się poznać na co patrzy, a wargi zaciskał tak mocno, że jego usta wyglądały jak zaszyte.
- Witajcie, bądźcie pozdrowieni. – przemówił pierwszy teurg. - Oto wasz nawigator. Zaprowadzi was gdziekolwiek Pierwsza Nadzorczyni mu poleciła. Pozwólcie, że przywiążę frędzle jego płaszcza do frędzli waszych szat i objaśnię pokrótce, jak bezpiecznie przemieszczać się po wnętrzu wieży. Nie odwiązujcie się i nie zdejmujcie z siebie swych szat, dopóki nawigator sam was od siebie nie odwiąże. Nie próbujcie odchodzić z miejsca, w które was zaprowadził, nie przywiązawszy się wcześniej do niego, tak jak ja was teraz przywiązuję. Ufajcie każdemu z jego kroków i nie wątpcie w żaden z jego znaków. Nie wydawajcie przy nim zbędnych odgłosów i zupełnie się do siebie nie odzywajcie. W żadnym wypadku nie zwracajcie się do niego! Nic do niego nie powiecie ani nic mu nie pokażecie. Przestrzegajcie tego co wam powiedziałem, od momentu, w którym was przywiążę, aż do powrotu w to miejsce. Jeśli zlekceważycie cokolwiek co wam powiedziałem, z pewnością zginiecie.
Teurg przywiązał nas do nawigatora, a ten, nawet się na nas nie oglądając, ruszył przed siebie. Jego kroki były niepewne i często, gdy podnosił stopę, trzymał ją chwilę w powietrzu, a dopiero gdy nabrał co do tego pewności, opuszczał ją. Domyśliłem się, że człowiek ten niczemu co widzi nie ufa, a każdy swój krok oblicza z osobna. Spodziewałem się, że zaprowadzi nas do jakiejś strzeżonej bramy. Ten jednak zstąpił z nami w zwyczajną szczelinę między cegłami wieży. Zniknęliśmy więc w murze podobnie jak teurg, którego widziałem wcześniej pod siedzibami Płomyków.
Nie pamiętam chwili, z którą ściany korytarza pokrył obłęd, a komnaty, które mijaliśmy, wypełniły się szaleństwem. Ukazały mi się wtedy dziwy jakich jeszcze nie widziałem na wieży, a były one niezliczone. Te dwa tylko pamiętam, te trzy potrafię opisać:
Nie pamiętam skąd tam weszliśmy. Nawigator nie prowadził nas przy ścianie, ale środkiem groty, w której się znaleźliśmy. Wyglądała jak zadaszony plac, który na całej powierzchni zastawiono figurami. Były to posągi odlane z przeróżnych metali, tak ludzkich rozmiarów jak i wielokrotnie wyższe. Szybko poznałem, że takie same postacie widziałem na powierzchni. Ich pozy również wyrażały zamyślenie, a twarzami wszystkie przypominały wielką głowę, o której mówiono „Emmanuel”. U stóp posągów, w blasku palenisk pod nimi rozpalonych, gromadzili się teurgowie. Unosili oni ręce niczym gorliwcy i pletli nimi szepty. Duchy latające wznosiły się wysoko i wciskały się w uszy figur, a maszyny, siedząc nieruchomo, jakby uśpione w zadumie, co chwilę otwierały usta i wypuszczały z nich nowe, zupełnie inne szepty. Teurgowie chwytali je i rozplatali. Podobnie więc jak w wielkiej głowie, pojedyncze słowa będące odgłosami szeptów, brzmiały jak znane mi rozkazy, jednak poza nimi słyszałem tylko niezrozumiałe znaki. W mroku ciężko było mi rozeznać które z nich są dźwiękami, a które kreślonymi symbolami. Tak więc szliśmy w cieniu, omijając łuny palenisk, a ja patrzyłem na tych taumaturgów, którzy jakby rozmawiali z posągami. Cóż wie metal czego człowiek nie jest świadom? W czym maszyna ma większe zrozumienie od męża, który ją stworzył? Tymi myślami zagłuszałem niepokój, który mnie ogarniał. Byłem przerażony, bowiem widziałem bożki ze srebra i złota, dzieła rąk ludzkich; miały usta i mówiły, chociaż nie było oddechu w ich ustach, miały uszy i nimi słyszały, miały też oczy, ale nimi nie widziały. Nie pamiętam, gdzie potem trafiliśmy.
Nie pamiętam skąd tam weszliśmy. Było tam tak ciemno, że nie mogłem rozeznać czy dalej jest to korytarz, czy już kolejna z komnat. Spowijał nas mrok tak gęsty, że czułem się jak w zupełnej próżni. Nie tylko nic poza nami trzema nie widziałem, ale nawet nie czułem gruntu pod stopami. Chcąc opanować myśli, postanowiłem skupić się na podążaniu za nawigatorem, a więc stąpaniu po linii jaką wyznaczały jego kroki. Była to linia w przestrzeni, która określała jego drogę. W pewnym momencie straciłem pewność, czy aby idę tędy, którędy idę. Było dla mnie całkiem prawdopodobne, że przemieszczam się wzdłuż linii obok i faktycznie tam siebie widziałem. Gdzie się nie rozejrzałem, do pewnego stopnia spodziewałem się zobaczyć siebie kroczącego za nawigatorem. Tak też doszedłem do wniosku, że droga, którą idę, bardziej przypomina niejednorodną bryłę, niż linię. Obłęd ten zakończył się nagle, kiedy to spostrzegłem teurga, który nas obserwował. Nie pamiętam, gdzie potem trafiliśmy.
Nie pamiętam skąd tam weszliśmy. To co zobaczyłem w tej sali było przedziwną konstrukcją – potężną rurą z metalu, która miała w sobie warstwy i sieci przyrządów z różnych materiałów, które układały się w niezwykłe wzory. Nie pojmowałem czym może być ta ogromna maszyna, jednak po jej zakrzywieniu domyśliłem się, że patrzę na wycinek pierścienia, którym można by otoczyć miasto. Przy otworze, który odsłaniał mi wnętrze tej rury, zgromadzeni byli teurgowie, z których każdy miał na twarzy prostokątną maskę. Usłyszeli oni nasze kroki i odwrócili się do nas. Wtedy dopiero ujrzałem przody ich przyłbic i oniemiałem. Błyszczały w nich rubinowe oczy. Nagle coś spadło mi znad głowy i odcięło mnie od nawigatora. Zdążyłem tylko zauważyć, jak opada frędzel mojej szaty, a sierpowate ostrza już podhaczyły me ramiona. Poczułem, że próba wyszarpnięcia się pozbawiłaby mnie kończyn. Dałem się więc obrócić i wepchnąć w mrok. Oto, gdzie później trafiliśmy:
Komnatę oświetlały liczne lampy, ale większość jej zakamarków było zacienionych. Było w niej wiele sprzętów o przeróżnych kształtach i rozmiarach – od szkieł z płynami po skrzynie pełne sprężyn. W samym środku tej ceglanej jaskini, stał kamienny stół. Wstał zza niego mężczyzna i wyprostował się przed nami.
Przy boku wisiał mu zakrzywiony nóż z brązu, jego plecy okrywały wilcze futra, a na głowie miał czaszkę drapieżnika zwieńczoną miedzianym stożkiem. Chociaż przez swą tiarę mężczyzna wydawał się wysoki, to po prawdzie był niskiego wzrostu. Tors miał nagi i widać było, że ma wklęsłą pierś. Jego zarost był rzadki, a palce u dłoni – pokraczne. Stał jednak prosto, podparty pod boki, i było po nim widać, że jest czempionem.
- Witaj Gościu, witaj Gorejący! – na te słowa, maszyny o sierpowatych dłoniach odstąpiły od nas. – Przybyliście w samą porę, bowiem wstałem niedawno. Usiądźcie przy stole. Nie miejcie mi proszę za złe, że nie mam czym was uraczyć – kto włóczyłby się ku górze i z powrotem po samą tylko strawę? Każę podać wam wody, chociaż tak was ugoszczę.
Czarnoksiężnik usiadł z nami przy stole, a na pstryknięcie jego palców podano nam kielichy. Czysta woda wypełniała je po brzegi. Gdyby nie pamięć o tym, że odwodniony nie powinienem pić łapczywie, zadławiłbym się. Gorejący odstąpił mi swoje naczynie, na widok czego gospodarz roześmiał się i przemówił:
- Cóż mógłbym ci podać Gorejący? Jak nasycić ogień nie dając mu się wypalić?
«Mów, a my będziemy słuchać – tak dopełni się nasz barter. Przedstaw się, bo z naszej dwójki tylko ja cię znam.»
- Mówią o mnie Czarnoksiężnik i tak, jestem nim. – zwrócił się do mnie. – Władam siłami i czynię to przez rozum, który jest u mnie mocny z przyrodzenia. Na co spojrzę, to pojmuję, co zgłębię - zostaję w tym mistrzem. Nie powiem jednak, by umysł mój był najbystrzejszym na wieży. Wasz nawigator, który wraca teraz do siebie, przelicza i zgaduje szybciej niż ja. Jest on przy mnie jak maszyna dumająca, która prędko odpowiada na cokolwiek o co szeptający ją spyta. Ale to ja, będąc sprytnym jak maszyna, jestem też szeptającym. To ja pytam! Ja sobie odkrywam! Mam bowiem moc, ale mam też wolę. Znajduję więc co uważam za warte znalezienia i nad tym tylko się głowię co się dla mnie liczy. Spotkasz podobnych do mnie, o uwolnionych umysłach, ale żaden z nich nie będzie bystry jak ja. Znajdziesz bystrzejszych niż ja, ale każdy będzie niewolnikiem. Nad czym się więc głowię? Spójrz na mnie i odpowiedz.
- Jak się nasycić. – odparłem. - Jesteś głodnym wilkiem i głowisz się jak się nasycić. Spotkałem już podobnych do ciebie, uzbrojonych i ubranych w wilcze skóry. Przemawiali podobnie jak ty, ale wykazałem im, że są gorliwcami, za co chcieli mnie zabić. Mam cichą nadzieję, że w twoich progach spokojniej wymienia się mądrości.
- Gościu! Ja wilkiem? Sądząc po okryciu, ty byłbyś lnem albo innym krzakiem. Wykazałeś moim chłopcom, że są gorliwcami? Ha! Czy nie pouczył cię już ktoś: „Nie argumentuj tak przeciw wygłodniałym bestiom, bo cię nie usłuchają.”? Spójrz na mnie raz jeszcze – wyglądam jak człowiek, czyż nie? Nic bardziej mylnego! Wiedz, że po prawdzie jestem Bogiem.
- Czemu więc to ciebie Pierwsza Nadzorczyni nie usadzi na wieży, żebyś był nam Bogiem Między Nami, a nie tylko samemu sobie?
Czarnoksiężnik zaśmiał się i odpowiedział:
- A po cóż miałbym czuwać nad kimś innym niż nad sobą? Chyba nie myślisz Gościu, że jestem jak ci głupcy nade mną? Ach, pewno nie wiesz czemu żyję sam, w ukryciu! Czy wytłumaczono ci wokół jakiego planu gromadzą się Córki i Synowie Jutrzenki?
- Wytłumaczono mi.
- Gościu! Widzisz więc, że Bogiem jestem tylko w wielkim schemacie rzeczy. Wiem i jestem tego pewien, że chcę osiągnąć wieczną rozkosz i mam moc ją zdobyć. Sam. Ja jeden! Współpracuję co prawda z Pierwszą Nadzorczynią, ale obchodzę się z nią jak z demonem. Daję jej czego ta chce, ale dokładnie tyle, by oddała mi więcej. Dzielę się swoją wiedzą, ale nie robię tego za darmo, bynajmniej. Ta kobieta wie, że mam ją w garści. Nie tylko z nią się tak obchodzę, ale ze wszystkim i z każdym. Nie znam ducha, z którym bym paktował dla czegoś więcej niż korzyści. Nazwałeś mnie wilkiem, bo jestem głodny – tak, jestem głodny jak wilk. W istocie trochę jeszcze jestem człowiekiem, jego jaźnią, ale mogąc co mogę i dążąc do tego do czego dążę, bardziej jestem Bogiem – wszystkie duchy albo rzucam na kolana, albo od siebie oddalam. Swoim poddanym rozkazuję, by mnie nasycili, nie siebie, bynajmniej – mnie i tylko mnie. Czy mnie słuchają? Spójrz.
Czarnoksiężnik wskazał ku sprzętom zgromadzonym pod ścianą. Jednym z nich było żelazne krzesło, do którego przywiązano człowieka. Nie miał on rąk ani nóg. Jego ciało składało się tylko z głowy i korpusu, z którego wystawały kikuty. Siedział wyschnięty i nagi, a jego wzrok był nieobecny, spojrzenie miał zastygnięte w powietrzu. Miał też otwartą czaszkę – wnętrze jego głowy było widoczne z zewnątrz. Fałdy jego mózgu wiły się jak węże i faktycznie nimi były. Dostrzegłem też zawieszone nad tym człowiekiem urządzenie, z którego wystawała gęstwina igieł. Czarnoksiężnik wstał od stołu i zaczął je ustawiać. Po chwili igły opuściły się i część z nich zaczęła wkłuwać się w węże. Bestie szarpały się, jednak nie mogły odpełznąć od igieł. Człowiek dłuższą chwilę nie reagował na to, co działo się z jego głową. Nagle jął wyć przeraźliwie, a ból, którego musiał doświadczać, był tak mocny, że wyjąc prawie się udusił. Kiedy już krzyk zużył całe jego tchnienie, człowiek zaczął charczeć nieprzerwanym skurczem. Czarnoksiężnik dał nam znak byśmy nie wstawali i w końcu odstąpił od urządzenia. Człowiek ucichł i odzyskał tchnienie. Oddychał coraz płyciej, jakby znów tracił nad sobą kontrolę. Oczy jego, przed chwilą wytrzeszczone, cofnęły się i uniosły bezwładnie ku górze. Oddech przeszedł w końcu w sapanie, a sapnięcia w jęki. Człowiek pojękiwał coraz głośniej, aż w końcu zaczął krzyczeć i ponownie – wyć. Czarnoksiężnik spojrzał na nas tryumfalnie i przemówił z mocą.
- Oto człowiek wolny, a tylko ja, Bóg miłosierny nad nim! Żaden wąż nie szczędzi mu rozkoszy, bowiem każdy jest pod moim jarzmem – mnie, Boga sprawiedliwego! Cóż jednak z tego, że duchy skrzydlate nie mącą mych sądów, a węże są mi posłuszne, skoro tą jedną ropuchą nie władam – Życiem!
Wyraźnie rozgniewany Czarnoksiężnik wyłączył urządzenie. Następnie wskazał na sprzęty podwieszone pod sklepieniem, które dopiero wtedy poznałem, że są ciałami.
- Jeśli poję ich dostatnio – gniją, jeśli szczędzę im płynu – wysychają. Widzisz, Życie nie umiera, kiedy ginie organizm, a razem z nim, ewentualna świadomość. Życie umrze dopiero, kiedy padnie ostatnie co żywe. Czy wiesz, że zbudowano cię z niezliczonych małych duchów, które ciągle umierają i zastępują się nawzajem, tak że trwasz ty jeden? Ty jesteś właśnie takim duchem dla Życia, a ono jest ich wszystkością. Swoją drogą, jak sądzisz, co obecnie jest panem jednego nad drugim? Życie czy Śmierć? Śmierć, bo niszczy Życie, kiedy tylko nadchodzi? Nie! Śmierć zabiera tylko ciebie. Życie zaś trwa i bez ciebie! Śmierć jest tym z wasali tej ropuchy, który pozwala jej się doskonalić. Usuwa przestarzałych niewolników, by powstać mogli nowi. Zważ, że wolą Życia jest trwać, a trwa ono, dopóki, dopóty potrafi obronić się przed innymi bogami i trzymać w szachu swych wasali. Pomyśl, że gdyby Życie dawało organizmom trwać wiecznie, te, ze swoimi ułomnościami, trafiłyby w końcu na przeszkody, które uśmierciłyby je wszystkie razem z Życiem. Tak więc bóg ten przebiegły wymienia swoje sługi, by były one przystosowane do zmieniających się warunków, w których Życie walczy o jedyne co ceni – przetrwanie. Po cóż nieudolni niewolnicy mają zużywać zasoby ziemi, kiedy dorosnąć muszą nowi i lepsi? Stąd też zwierzęta zaczynają się starzeć dopiero gdy osiągną zdolność rozmnażania. Widzisz, my – jaźnie – jesteśmy poddanymi swoich ciał, które są poddanymi Śmierci, która to obecnie jest pod jarzmem Życia. Mówi się, że ropuchom nie składa się ofiar. Cóż, my składamy je wężom, a one przedkładają je ropusze nad sobą. Tak więc by pokonać Życie, muszę uwolnić się od Śmierci, a by pokonać Śmierć – wpierw uwolnić się od Życia. Zrozumiałem, że sam w porę tego nie dokonam, a także pomoc śmiertelnych mnie nie obroni. Tak więc odnalazłem Mesjasza, tego, który rozeznał wszystkie ścieżki, w tym ścieżkę dobra – jak wypełnić jego przeliczenie! Gościu, czy znasz imię Zbawiciela?
Czarnoksiężnik mówił to wszystko w amoku – machał rękami i nie panował nad głosem. Oczy nabrzmiały mu czerwienią tak, że błyszczały jak rubiny. Bałem się znów odrzec z drwiną. Odpowiedziałem więc:
- Emmanuel.
- Nie! Jego imię jest Nimrod, bo to on pierwszy zapanuje na wieży! A Bóg Między Wami? To ja! Moja wola co Nimrod dla mnie zrobi, a zrobi tyle, że będzie sycił mnie przez wieki. Moja wola - jego moc! Jego moc – moja wola! Moja władza! Widzisz, dlatego tylko bratam się z tą suką kąśliwą - ma teurgów i środki, by wesprzeć mój plan, a ja mam wiedzę, bez której się on prędko nie wypełni. Ja więc rządzę Jutrzenką, a i Płomieniem władam przez swe sługi. Powiedziano ci pewno: „Córki i Synowie Jutrzenki nie są ludźmi samolubnymi. Podobnie jak Płomyki, których już na pewno spotkałeś, widzimy, że warto być pomocnym i życzliwym.” Ha! Obłudna suka! Wyobraź sobie! Teurgowie z góry łudzą się, że zabieganie o wszechdobro ma sens w wizji Jutrzenki! Przeliczenie na to nie wskazuje. Dobrym dla mnie jest, abym możliwie szybko stworzył sobie wieczny raj i się do niego dostał. Jest to zadanie tak trudne, że muszę uprzednio spętać sobie Mesjasza, co również jest nie lada wyzwaniem. Szczerze wątpię, aby każdy jeden akt dobroci wobec innych był niezbędny do powstania Nimroda w najkrótszym możliwym czasie. Wspólna korzyść jest mi obojętna, to tylko punkt zaczepny w kierowaniu ludźmi, aby wypełniali moją wolę. Czasem czym innym łatwiej przymusić ich do pomocy. Często też zwyczajnie nie potrzebuję cudzego wysiłku, a tylko krzywdy. Czy to niemożliwe w przeliczeniu, aby największe zło wobec kogoś, było dla mnie największym dobrem? Nie jestem niewolnikiem, by mnie to przejmowało i dlatego ludzie, którzy o tym wiedzą, mówią mi „Czarnoksiężniku.” Gorejący, powiedz mi, czy dopełniłem naszego barteru?
«Dopełniłeś co do joty, tak jak i ja. Na nas już czas Czarnoksiężniku.»
- Żegnajcie, szanowny Gościu, czcigodny Gorejący. Mój sługa wyprowadzi was na zbocze wieży.
Na te jego słowa podeszła do nas postać o prostokątnym obliczu i rubinowych oczach, przyodziana w szaty dla tych, którzy zniewalają. Podsunęła nam frędzle swego płaszcza, abyśmy się do niej przywiązali i wyprowadziła nas z komnaty.
Nie pamiętam chwili, z którą ściany korytarza pokrył obłęd, a komnaty, które mijaliśmy, wypełniły się szaleństwem. Ukazały mi się wtedy dziwy jakich jeszcze nie widziałem na wieży, a były one niezliczone. Te dwa tylko pamiętam, te trzy potrafię opisać:
Nie pamiętam skąd tam weszliśmy. Przemieszczaliśmy się tunelem z przezroczystego kryształu, a przechodził on przez salę o ścianach białych jak kość i błyszczących jak perła. Pełno było tam teurgów biało przyodzianych, o przysłoniętych twarzach. Podobnie do taumaturgów, których widziałem u Jutrzenek, ci również wyplatali szepty. Były to jednak szepty pełzające, niewielkie ropuchy. Układały się w figury o kształtach zwierząt i roślin, chociaż nie zawsze przedstawiały je prawdziwie. Widziałem bowiem owoce niezwykłych rozmiarów, byka o mięśniach atlety, a nawet mysz z uchem na grzbiecie. Chociaż wszystkie z tych stworzeń były sztucznymi tworami, to każde miało tchnienie albo wyglądało jadalnie. Kiedy opuszczaliśmy to pomieszczenie, dostrzegłem przelotnie ciało człowieka, a był to mężczyzna. Nie zdążyłem jednak dostrzec czy otwarto mu oczy. Nie pamiętam, gdzie potem trafiliśmy.
Nie pamiętam skąd tam weszliśmy. Nim zdążyłem omieść pomieszczenie wzrokiem, uderzył mnie odór – smród pękających ropni i gnijących ran. Salę oświetlały jedynie kaganki, które pracujący w niej teurgowie mieli pozawieszane na czołach. Chodzili oni między łóżkami, których to w pomieszczeniu było bez liku. Każdy z leżących tam ludzi poważnie cierpiał – widziałem wśród nich pokrytych guzami, dotkniętych paraliżem, obłąkanych, a także konających we śnie. Teurgowie przystępowali do chorych i nakładali na nich ręce – każdy swoim sposobem. Patrzyłem na nich i myślałem: Czyją mocą wyrzucają złe duchy? Gesty ich były przecież magiczne – mogliby i znaki kreślić nad chorymi, a ja tak samo nie dawałbym wiary ich mocy. Cierpiący jednak wstawali i zabierali swe łóżka, a w miejscach, w których leżeli, dogorywały wyrzucone z nich ropuchy. Mimo starań cudotwórców, bardzo wielu chorych konało na sali, a działo się tak przez ich liczność. Spojrzałem wtedy na grupę teurgów, którzy stali nie pomagając cierpiącym, i pomyślałem o nich niepochlebnie. Dopiero po chwili zauważyłem, że ryją oni w glinianych tabliczkach i skarciłem się w duchu. Pojąłem bowiem, że to od nich pochodziła moc uzdrowicieli. Nie pamiętam, gdzie potem trafiliśmy.
Nie pamiętam skąd tam weszliśmy. Komnata, w której się znaleźliśmy, była zupełnie ciemna. Tylko trzy jej zakamarki oświetlały snopy świateł, a w każdym z nich stało krzesło otoczone teurgami. Pracowali oni przy ludziach posadzonych na krzesłach. Trzej siedzący byli nadzy i różnili się od siebie następująco: Prawa ręka pierwszego kończyła się na łokciu, a w miejscu przedramienia miał on przyłączony przyrząd z brązu, który tylko kształtem przypominał prawdziwe ciało. Drugi człowiek miał wszystkie członki. Spoglądając na jej twarz, upewniłem się, że była to kobieta. Jej oblicze szpeciła długa blizna, która ciągnęła się od ust, przez oczodół, aż do skroni. W miejscu oka, które to kiedyś straciła, lśnił rubin. Na trzecim krześle również siedziała kobieta. Miała ona otworzoną głowę i wyglądała przez to podobnie do człowieka, którego pokazał mi Czarnoksiężnik. W jej czaszce także wiły się węże, a teurgowie przypatrywali się im z wielką ostrożnością. Jeden z nich trzymał obcęgami złotą grudę, a miała ona postać kłębowiska węży odlanych z metalu. Nim jednak i tej kobiecie przyłączono coś na podobieństwo maszynie, zdążyliśmy już wyjść z tamtej komnaty. Niedługo później wydostaliśmy się na powierzchnię.
Postać pozwoliła nam się od siebie odwiązać i zniknęła z powrotem w otworze, przez który wyszliśmy z wieży. Nad krainą suchych ludzi zdążyła już nastać noc, a była to noc bez gwiazd i księżyca. Całe niebo, podobnie jak za dnia, przysłaniały bowiem obłoki z popiołu.
- Czy tutejsi wiedzą co to słońce albo czym jest księżyc?
«A ilu z tych, od których przychodzisz wie, Synu Człowieczy? Może i tutejsi nie widzieli nigdy w pełni odsłoniętych - ani słońca, ani księżyca, ale ty widziałeś co jest w wieży. Wiesz może czym jest co widziałeś w wieży? Nie chełp się, jeśli masz przytaknąć, a strzeż się żebym cię nie dopytał! Powiedz mi lepiej, co sądzisz o mowie Czarnoksiężnika i co uważasz o tym człowieku.»
- Ty lepiej się strzeż, żeby cię nie usłyszał jak o nim mówisz! Uważam o nim tyle, że nie tylko wykazał mi on obłudę w postępowaniu Córek i Synów Jutrzenki, ale także sprawił, że zupełnie zwątpiłem – czy jest jakaś wartość wszechdobra, inna od bycia ofiarą dla żmija Płomyków? Czy warto być wszechdobrym, jeśli do dobroci wobec samego siebie prowadzi rozumnie inna ścieżka? A przecież tylko to warto żebym robił, co jest dobre wobec mnie, a wynika to z definicji, którą od ciebie usłyszałem. Wstrząsnął mną także człowiek, którego Czarnoksiężnik nam pokazał. Przeraził mnie, a przecież wykazano mi, że tak wygląda człowiek szczęśliwy i nie było w tym fałszu. Powiedz, czy to ja jestem w takiej niewoli węży, że nie potrafię przyjąć tego co pojąłem, czy to Czarnoksiężnik jest szalony i zaraził mnie obłędem? W nim samym to mnie przejęło, że faktycznie zwątpiłem, czy jest on człowiekiem. Każdy jego osąd był jakby słowem maszyny, a nawet jego oczy błyszczały jak rubiny! Powiedz Gorejący, czym on jest, jeśli nie człowiekiem?
«Z pewnością nie Bogiem! Panują nad nim jego wizje, w których to bez reszty się zatracił. Przemawia on o bogach jakby miał już w rękach wynalazek, którym to się zbawi. Prawda jest jednak taka, że ani on, ani biegli, którzy z nim pracują, nie mogą mieć pewności co do swoich mrzonek. Któż wie, czy to co budują da się zbudować, a nawet jeśli, to czy rękami żyjących jeszcze ludzi? Czarnoksiężnik nawet nie wygląda młodo, by mógł twierdzić, że nie boi się nie zdążyć. Nie mówię, że Wielka Głowa jest złą nadzieją. Ba! Ja nawet uważam, że nie ma innej rozumnej. Nierozumnym jest jednak kultywować tę myśl jak Pierwsza Nadzorczyni, nieświadomie służąc przy tym żmijowi Płomyków, a co do postawy Czarnoksiężnika – nie poznasz rozumniejszego absurdu. Przeliczył swoje dobro bez zakłamania i oddał się bez końca temu, co sobie wykazał. Sam jeden pojął to wszystko i postanowił, że wysiłkiem własnym i cudzym wydrze wszechrzeczy zbawienie. Czy pamiętasz, że pouczyłem cię jak upada teurg? Czy nie odbywa się to przez pychę? A od czego ginie czempion, jeśli nie od własnej siły? Czarnoksiężnik poskromił swe węże i pomiażdżył im głowy, tak że nie rozprasza go pragnienie, nie kuszą go słodkości i nietęskno mu za niczym. Żyje więc w próżni on jeden jako jaźń i wyczekuje aż wykluje mu się Zbawca – Nimrod. To jedno go syci, a jest to wyczekiwanie Zbawiciela. Czy się go doczeka? Wątpię, ale to nic nie zmienia – w wizji Czarnoksiężnika przeliczenie szczęścia jest poprawne. Pytasz więc: „Czym on jest, jeśli nie człowiekiem?” – w swoim rozumieniu faktycznie Bogiem, jednak ja mówię o nim, że jest opętanym i że ma w sobie demona. Widzisz, kiedy konkretna siła wyraźnie manifestuje swoją wolę przez człowieka, można o nim mówić, że jest przez nią opętany. W kontekście szczęśliwości i zatracenia, a więc dobra i zła, warto powiedzieć o aniołach i demonach. Anioł to manifestacja siły w opętanym, której sprawczość doskonali jego otoczenie. Przykładowo, o Płomykach mówi się często, że są aniołami na wieży. Demon zaś odwrotnie – jest to niszczycielska manifestacja w człowieku. Czarnoksiężnik wyliczył sobie dobro, które na wielu sprowadzi cierpienie, a nawet mu samemu go przysparza. Tak więc sam na siebie ściągnął boga skrzydlatego, który jest w nim demonem – a jest to jego wizja zbawienia.»
- A czy we mnie widzisz jakiegoś demona?
«Widzę Synu Człowieczy. Imię jego jest Legion, bo duchów jest w tobie wiele. O coś jeszcze chcesz mnie teraz dopytać?»
- Na czym polegała wymiana, między tobą a Czarnoksiężnikiem?
«Ja chciałem byś coś od niego usłyszał, on zaś chciał ci coś przekazać. Wymiana nasza polegała na tym właśnie, aby on nic nie zataił, a ty żebyś do końca go wysłuchał. Ruszajmy już w dalszą drogę.»
Wyszliśmy poza mury siedzib Jutrzenki i skierowaliśmy się ku szczytowi wieży. Zapytałem wtedy Gorejącego:
- Co stoi za takim bezładem w wieży? Kto wpadł na pomysł, żeby taką ją wybudować?
«Sęk w tym Synu Człowieczy, że każdy z osobna wpadł na swój pomysł jak ją budować. Teurgiczna wiedza to potęga, a przecież to jej skarbnicą jest wieża. Tu ludzie strzegą swych sekretów zazdrośnie, a dzielą się nimi tylko z zaufanymi. Nie tylko trzy wielkie stronnictwa mają swoje strefy w wieży, ale także niezależni teurgowie dokładają cegieł do jej wnętrza, budując swoje własne komnaty. Czemu nie pomordują się nawzajem o swoje sekrety i nie zniewolą wrogich uczonych? Otóż tak do tej pory się udawało na wieży, że chociaż każdy dla własnych spraw duchy poskramiał, to czy to przez gwałt, czy przez wścibstwo, czy przez wymianę, wysiłek jednego wszystkim wspólną wieżę budował.»
- Wysiłek tego, o którym wcześniej rozmawialiśmy jakby przeczy tej dzielonej korzyści. Skoro przeliczenie szczęścia w rachubie Czarnoksiężnika się zgadza, to czy nie warto pójść w jego ślady?
«A czy masz jego moc albo jego rozum by borykać się z tą myślą? W czym on ma nikłe szanse, czy ty masz jakiekolwiek? Jeśli tak - powodzenia! Wojuj mieczem i krocz za pychą – twoim trębaczem! Wybij się nad wszechrzecz sam, a zrób to z ugiętych przed sobą kolan! Oj spadniesz ty z niebios Jaśniejący, Synu Jutrzenki. Jakże w końcu runiesz na ziemię, ty, który zniewalałeś zwierzchności! Nawet jeśli wizje Czarnoksiężnika i ciebie dotyczą, wiedz, że cię tu z nimi nie zostawię. Zmierzamy na sam szczyt wieży – daj wiarę, że za chwilę go zobaczysz! Tym co tam ujrzysz o tej porze, będą światła, a będą one dobiegać z siedzib kolejnego stronnictwa. Mówię tu o tych, którzy wyznają Obraz Pana. Czy ktoś poza mną już ci o nich wspomniał?»
- Nikt mi o nich nie wspomniał. – odparłem. – Powiedz mi, czy dobrze zgaduję, że jesteś spośród nich?
«Faktycznie, to oni mnie posłali. Nie dziwię się Synu Człowieczy, że nikt z kim rozmawiałeś nie wspomniał ci o Obrazach. Niewielu bowiem pojmuje ich drogi. Tak pod wieżą jak i na niej, mówi się o nich, że są szaleni. Wszyscy z tego zgrupowania pracują na wieży, a spora ich część to teurgowie. Różnych jednak znajdziesz między nimi: gorliwców, czempionów, owce, wilki i takich, których ciężko opisać. Powiedziałem ci już wcześniej o nich, że bratają się z Jutrzenką, a ich rolą w tej ugodzie jest obecnie, aby szykować miejsce pod Emmanuela, ażeby faktycznie mógł on zwieńczyć wieżę. Nie myślą jednak o nim z podobną czołobitnością. Raczej zwyczajnie rozważyli w sercach, że jest to nieunikniony, a potencjalnie godny kierunek w budowie wieży. Udział w wizjach Jutrzenki w żadnym wypadku nie jest jednak ich głównym powołaniem, a tylko wyzwaniem, którego się w ramach swego powołania podjęli. Wspomniałem ci, że uważają oni, iż do pełnego wykorzystania ludzkiego potencjału w doświadczaniu szczęśliwości, niezbędne jest głębsze poznanie rzeczywistości, niż to, na które pozwala rozum i że tym właśnie różnią się od Jutrzenki. Ich głównym zajęciem jest rozważanie o zbawieniu, szerzenie wizji o nim i podążanie jego ścieżką. Gromadzą się regularnie w swojej wyroczni na szczycie wieży, gdzie naradzają się o swoich planach, dzielą się mądrościami i oddają się przedziwnym obrządkom, które to mają przybliżyć ich do Pana, którego czczą. Ich Pan jest podobny do bogów, których widziałeś na wieży. Jest on Bogiem, tym samym o którym usłyszysz od wołaczy i od niedowiarków, którzy się z nich śmieją. Tym jednak różnią się Obrazy od wołaczy, że nie poznają Ukrytego przez księgi czy objawienia, a raczej przez obserwacje i domniemania jakie można czynić przez oczy i rozum. Wiara ich jest prawdziwie pokrętną i myślę, że niewielu z nich faktycznie ją pojmuje. Ma ona swoje źródło w tym, że potencjalna dziedzina przeliczenia szczęścia, dla niemal każdego śmiertelnika, jest skończona. Wbrew nadziejom Cór i Synów Jutrzenki, nie godzi się podstawiać wszystkim żyjącym Emmanuela jako czynnika potencjalnie zmieniającego tę dziedzinę, bo obecnie tylko wybrani mają realne szanse doczekać jego przyjścia w chwale. Czy więc wszyscy ci, którzy nie mają szans go doczekać, żyją i trudzą się daremnie? Rozumna odpowiedź brzmi: tak. Czym jest jednak rozum, jeśli nie duchem w twojej głowie? Otóż jest ci on bogiem skrzydlatym, którego napuścili na ciebie wołacze sprzed wieków! Nauczono ciebie i twoich przodków sądzić, że postępowanie oparte na rozumnym poznaniu w każdym przypadku jest sprzężone z korzyścią. Tak więc ilekroć ktoś zakrzyknął: „Znalazłem coś bardzo cennego! Zapłaćcie mi, a przyniosę to wam!”, odpowiadano mu: „Wykaż nam najpierw, że coś znalazłeś i że jest to cenne!”. Kiedy zaś powiedział: „Odkryłem coś co wam zagraża! Zapłaćcie mi, a ochronię was!”, odpowiadano mu: „Wykaż nam najpierw, że coś odkryłeś i że nam to zagraża!”. Światłe jest takie postępowanie, bo faktycznie świat, w którym żyje człowiek, rządzi się prawami rozumu. Zgodnie z tym co teurgowie zbadali, bogowie, którzy stanowią wszechrzecz, w większości władają przewidywalnie i wyroki jednego wynikają z wyroków drugiego, a bierze się to z dynamiki ich władzy. W sprawie przeliczenia szczęścia, rozum wskazuje, że kres jego dziedziny jest w twojej śmierci, bowiem dalej niczyje doświadczenie nie sięga. Nie da się tego co prawda zbadać i powiedzieć z pewnością teurga: „Poznałem to, zbadałem i poskromiłem.”, ale nie ma też jakichkolwiek wskazań by sądzić, że śmierć nie jest końcem doświadczania. Powiedzieć: „Głupcze! Mówisz, że śmierć jest końcem? Udowodnij mi, że tak jest!”, to jak rzec: „Głupcze! Mówisz, że gdzieś nad niebem, między ciałami niebieskimi, nie krąży żadne naczynie z gliny? Udowodnij mi więc, że go tam nie ma!”. Da się za to wykazać, że jeśli jaźń bezpowrotnie ginie, to bezwartościowym staje się dla niej wszystko czego ta kiedyś doświadczyła. Tak też wielu na wieży uważa następująco: „Rozumnie myśląc o śmierci, nic mnie po niej nie czeka, a nawet jeśli jest inaczej, to nie da się poznać co by to było.” Obrazy myślą pokrętniej: „Rozumnie myśląc o śmierci, nic mnie po niej nie czeka, ale jeśli działa ona inaczej niż podpowiada rozum, to warto się przygotować by na tym skorzystać!” Widzą oni bowiem, że w perspektywie skończoności wszystko jest marnością i sensownie jest tę marność oddać za choćby cień szansy na faktyczną, bo nieskończoną, korzyść. Przyjmują więc zupełnie bezrozumnie, że istnieje siła, która umożliwia jaźni wieczne trwanie po śmierci i dopiero na tej podstawie, rozumnie dedukują, jak mogliby skorzystać na takim obrocie spraw. Skąd wiedzą, że taki istnieje? Nie wiedzą, wierzą! Na cóż im niewola rozumu, skoro w perspektywie śmierci prowadzi do przepaści? Szukają więc takiej wizji, która pobudzałaby ich do zachowań możliwie opłacalnych w nieskończoności, w zupełnie nieodgadnionych realiach. Jeśli po śmierci coś faktycznie czeka na człowieka, jakość tego może być zależna od ludzkiej woli i mocy, albo nie. Jeśli jakość ta jest niezależna, to wysiłek każdego śmiertelnika w chwili zgonu staje się marnością, której jakby nigdy nie było. Jeśli jednak człowiek ma, wobec zaświatów, jakąś sprawczość, to Obrazy Pana chcą ją wykorzystać. Przyjmują przy tym tyle, że tylko za życia człowiek ma obserwowalną moc i wolę, a więc mimo perspektywy wieczności, warto właśnie w wysiłkach żywota pokładać największą nadzieję na zbawienie. Tyle uważam, że wystarczy ci o nich wiedzieć zanim wejdziemy do ich wyroczni. Czeka tam na nas wielkie zgromadzenie i przygotuj się, że zostaniesz przed nim postawiony. Wtedy to rozeznasz się dokładnie w ich ścieżkach, a także tak jak ci przepowiedziałem - jeszcze dziś będziesz ze mną pił wodę i właśnie tam się to dokona.»
Słuchając Gorejącego podziwiałem wszystko co widziałem wokół siebie. Byliśmy już bowiem niemal na szczycie i dało się stamtąd zobaczyć miejsca, które odwiedziłem: wielką pustynię, miasto pod wieżą, a także niektóre z tarasów, którymi przechodziłem. Wszystko to znajdowało się pod ciemnym niebem i chmurami z popiołu, które miejscami rozświetlały rozbłyski kul ognistych i iskier wydobywających się z wulkanów na horyzoncie. Piękny był to widok, a jego rozkoszy dopełniał orzeźwiający, nocny wiatr. Nim Gorejący skończył przemawiać, zdążyliśmy już dotrzeć do siedzib Obrazów Pana. Było to kłębowisko kolorowych domostw z palonej cegły, okalające najwyższy odcinek wieży, na którym to zbudowano jakiegoś rodzaju sanktuarium. Między zabudowaniami poprowadzone były schody przyozdobione kolumnadą, wzdłuż której rozwieszono kolorowe ozdoby i lampy oliwne, z których każda paliła się płomieniem o innej barwie. Na całej długości kolumnady poustawiano przedziwne figury, a były to idole. Liczne bożki stały na podwyższeniach pod kolumnami, a wystawiono je jakby nie ku ich czci, ale jak na pośmiewisko. Stwierdziłem tak, bo wiele z nich było przewróconych albo potłuczonych.
Gorejący skończył mówić jeszcze na tych schodach, a ja odpowiedziałem mu:
- Przecież podano mi wodę, jeszcze u Czarnoksiężnika! Z resztą powiedz mi Gorejący, czy ludzie, do których mnie prowadzisz, czczą Boga Abrahama, Izaaka i Jakuba? Jeśli tak, nie wiem, czy warto bym do nich szedł. Słyszałem już o nim, co miałem usłyszeć i nie wiem, czy aby jest on moim Bogiem.
«A czy Abraham, Izaak i Jakub pochwycili Boga do naczynia z gliny i dlatego mówi się o Nim, że jest On Abrahama, Izaaka, albo Jakuba? Co zaś tyczy się wody, którą ci już podano – czy piłem ją razem z tobą? Czy aby znów nie czujesz się wyschnięty? Wiedz, że ja prowadzę cię do wody, której wilgoć nie przeminie. Skup się teraz Synu Człowieczy, wyprostuj się i przybierz mężną minę. Zaraz ujrzą cię zgromadzeni w wyroczni.»
Dopiero na te słowa Gorejącego, pojąłem, że zbliżaliśmy się do wielkiego tłumu. Między odgłosami, które do tej pory myślałem, że pochodzą jedynie od wiatru, zacząłem poznawać śpiewy, a także bębny, dzwonki, trąby i piszczałki. Nie słyszałem melodii ani słów, ale wiedziałem, że tuż za końcem schodów panuje wielki gwar. Kiedy już stanąłem u ich szczytu, przekonałem się, że jestem w najwyższym miejscu wieży. Nade mną były tylko chmury z popiołu, rozbłyski ogniste i wiatry, które mnie przed nimi chroniły. U moich stóp rozpościerał się zaś krater ziejący w czubku wieży – wielki amfiteatr wypełniony po brzegi zgromadzonymi. Nad tłumem, na podwyższeniach i w krawędziach krateru, poustawiane były bożki o różnych kształtach i rozmiarach. Między filarami, pod którymi te stały, wisiała gęstwina kolorowych ozdób, a sam amfiteatr skąpany był w blasku świateł o pięknych barwach. W ich poświacie stał tłum, na który składali się gorliwcy, czempioni, teurgowie i tacy, których ciężko opisać. Wszyscy oni spoglądali na mnie i śpiewali, a że byłem wielce przejęty ich uwagą, nie słyszałem słów ich pieśni. Tłum wyraźnie się przed nami rozstąpił, tak żebyśmy mogli przejść na wskroś. Zszedłem więc z istotą między gorliwców, tych którzy zniewalają i między czempionów, a także między takich, których ciężko opisać. Zszedłem między kobiety i mężczyzn, między starych i młodych, a także między światła i idole. Przeszliśmy przez całe to zgromadzenie i stanęliśmy przed największym z palenisk. Płonęło ono pod kamiennym podwyższeniem, na którym stał ktoś bardzo rosły. Zarys jego ogromny prześwitywał przez snop dymu unoszący się znad ognia i widać było, że z jego głowy wyrastają rogi. Wtedy to uniósł on ręce ku górze, niby upiór w ogniu zaklęty i sypnął w płomienie błyszczącym prochem. Języki ogniste zatańczyły i zabarwiły się na niebiesko. Wszyscy zgromadzeni ucichli, a wraz z nimi ich instrumenty. Wtedy to postać na podwyższeniu sypnęła w ogień ponownie. Płomienie buchnęły wściekle, by prędko wypalić się i dogasnąć. Za ulatującym dymem ukazał mi się ten, o którym pomyślałem wcześniej, że wygląda jak upiór. Był to człowiek zwyczajnej postury, przyodziany niecodziennie: nakryciem jego głowy była rogata tiara, a jego ciało przykrywał obszerny płaszcz z kolorowych piór. Był obwieszony miedzianymi wisiorami, a przy jego pasie połyskiwał złoty sierp. Bez wątpienia był on jednym z tych, którzy zniewalają. Chociaż poznałem o nim tylko tyle, że panuje nad ogniem, to dostrzegałem, że jego oczy zdradzały niepomiernie większą władzę.
- Witaj Synu Człowieczy! Witaj Gorejący! Bądźcie pozdrowieni! – zawołał do nas z mocą. Na te jego słowa tłum zakrzyknął, uderzył w bębny i zadął w piszczałki.
«Witaj Wyrocznio! Bądź pozdrowiony! Oto przyprowadzam ci człowieka, po którego mnie posłano! Widział co obiecałem mu pokazać, a wedle twego polecenia, obiecałem pokazać mu wiele! Pouczyłem go o zwyczajach ludu, który mieszka pod wieżą i na niej, a także objaśniłem mu mądrości, które ten lud poznał. Zobaczył więc Syn Człowieczy i pojął co miał, aby stanąć przed tobą!»
Ten, o którym powiedziano, że jest Wyrocznią, przemówił:
- Wierzę, że swe zadanie wypełniłeś należycie! Niech jednak Syn Człowieczy przemówi, czy coś o nas wie – o tych, którzy mówią o sobie, że są na Obraz Pana!
Odpowiedziałem mu:
- Witaj Wyrocznio, bądź pozdrowiony! Ostrzeżono mnie, że wasze ścieżki są ciężkie do pojęcia, słuchaj więc proszę i oceń czy dobrze mnie o was pouczono: wyjawiono mi, że dostrzegacie, iż rozum nie jest tą z dróg poznania, która w perspektywie śmierci jest korzystna. Uważacie, że warto bezpodstawnie przyjąć, iż człowiek ma szanse żyć wiecznie po nieuchronnej śmierci, dzięki czemu jego doświadczanie może trwać i faktycznie mieć niezbywalną wartość. Z tego powodu przeliczacie swoje szczęście w nieskończoności i czynicie je trwającym, a więc prawdziwie istniejącym.
- Mówisz jakbyśmy zupełnie odrzucali rozsądek, a nie jest to prawdą! Zdradzamy go w jednym tylko punkcie poznania wszechrzeczy, a jest to poznanie trwania jaźni. Faktycznie przyjmujemy jak głupcy, że po śmierci ciała, od której ucieczki nie znamy, wciąż możliwym jest doświadczać! Poza jedną tą obłudą, staramy się być mędrcami Prawdę miłującymi. Jeśli bowiem o tym jednym kłamiemy, Prawda i wszystko inne i tak jest marnością, a jeśli chociaż w tym jednym mamy rację – wiele spraw przyjmuje cenę!
- Wykaż mi więc, że miłujecie mądrość! Wybacz mi te słowa, ale boję się, że wasze śpiewy i muzyka, twoje ognie i nocna pora, temu właśnie służą, aby uśpić rozum i inne siły wpuścić w jego miejsce. Co sądzisz o mojej obawie?
- Że jest prawdziwa! – zaśmiał się Wyrocznia, a wraz z nim cały tłum, który stał za mną. - Czy nie pouczono cię: „Władać mową i znakiem można tylko nad człowiekiem, chyba że przez osobę, albo zmuszonymi do tego siłami poruszyłbyś ducha mówionym rozkazem.”? Jest to prawda i nieprawda zarazem. Wiedz bowiem, że zaklęcia w znakach i mowie wymierzone są w węże i bogów skrzydlatych, którzy to czuwają nad jaźnią człowieka! Stratą byłoby zaniechać władzy nad nimi i pozwolić, by schowane za rozumem, kierowały jaźń ku błahym sprawom. Podobnie głupio byłoby je zgładzić – czy gdyby jakiś żeglarz panował nad wiatrami, uciszyłby te krnąbrnie wiejące czy raczej obróciłby je tak, by korzystnie pchały jego łódź? Zapamiętaj proszę to wyobrażenie, bo będzie ono ważne w mojej mowie. Mówisz mi, żebym wykazał, że miłujemy mądrość. Kocham ją tym samym sercem, którym też nieopacznie ją zdradzam. Słuchaj mnie więc przybyszu i słuchaj mnie ludu, bowiem będę teraz mówił przekonany, że mądrość szczerze miłuję! Rozsądźcie sami w waszych sercach czy w sprawach, o których przemówię, jestem jej wierny i czy wy, aby jesteście! Miejcie baczenie, bo będę przemawiał!
Wtedy to Gorejący odstąpił ode mnie, wszedł na podwyższenie i stanął u boku Wyroczni. Niczym cień przyległ do pierzastego płaszcza i wstępując weń, zajął go ogniem. Okrycie Wyroczni jak prędko się zajęło, tak szybko przygasło. Od tamtej chwili, ilekroć profeta podnosił głos, gęsta para unosiła się z jego szat. Poznałem po tym, że gdy prorokuje on rozumem, płonie w nim ogień Gorejącego.
«Nie wiadomo nic o tym co miałoby czekać jaźń po cielesnej śmierci. Uczeni domyślają się o świadomości tyle, że powstaje ona z ciała i w nim właśnie trwa oraz z nim ginie. Nie wykryto też między duchami opuszczającymi zwłoki żadnego, który to mógłby być jaźnią. Jeśli więc jaźń miałaby trwać po śmierci, jej istnienie przeczyłoby znanym nam prawom tego świata. Stąd też domyślamy się, że w ewentualnych zaświatach może czekać na nią nawet najstraszniejszy absurd. Żadne prawa, które znamy, nie musiałyby bowiem obowiązywać w takim miejscu. Stąd też porzucamy prawie wszelkie o nim domniemanie. Obojętne nam nawet czy w zaświatach góra jest bokiem, a dół przy tym górą. Liczy się dla nas tylko to, czy aby w wieczności da się odczuwać przyjemność lub cierpienie jako funkcje czasu i czy za obecnego życia da się wpłynąć na ich granice w nieskończoności. W takich bowiem realiach faktycznie warto być dla siebie dobrym, a więc w perspektywie wieczności maksymalizować swoją doświadczaną przyjemność i minimalizować cierpienie. Słuchaj przybyszu i słuchaj ludu co dalej mam do powiedzenia, o tym co uważam, że znaczy „być dla siebie dobrym”. Przez doświadczalną naturę upływu czasu, to że docześnie czynimy dla siebie dobrze, samo w sobie nie znaczy, że skorzystamy na tym w nieskończoności. Każdy bowiem skutek naszego pozornie dobrego działania, który przeminie zupełnie, mógłby równie dobrze nigdy nie zaistnieć. Tym co prawdziwie liczy się w dobroczynieniu jest jakość jaźni, jaką zabralibyśmy ze sobą w zaświaty, albo jakość dla obecnego świata jaką to w nim byśmy zapisali, jeśli mielibyśmy doń wrócić. To wynika z założenia, że za życia ma się wpływ na losy w zaświatach, a więc w kontekście zachowania jakości jaźni, warto przyjąć, że nie tylko jaźń w jakiejś postaci tam dociera, ale także jakaś dodatkowa informacja, którą jaźń posiadła za życia. Jeśli świadomość wędrowałaby między różnymi rzeczywistościami, informacja ta musiałaby zapisywać się w niej samej, a jeśli jaźń wróciłaby w końcu do pierwotnej rzeczywistości, wystarczyłoby, żeby to ona była nośnikiem korzystnej informacji. Informacja ta, aby być korzystną, musiałaby podtrzymywać jakąś jakość, która to mogłaby być przydatna w wieczności. Przyjmując, że informacja ta zapisuje się tylko w obecnym świecie, a nie w przeżywającej jaźni, wystarczy zauważyć, że wracając do tego świata moglibyśmy pojawić się w nim jako dowolna odczuwająca instancja. Ja, Wyrocznia, wskazuję, że jakością jedyną przydatną w zaświatach jest nawyk dobroczynienia wobec siebie. Nawyk dobroczynienia wobec siebie to jakość, która sprawia, że niezależnie od warunków, jaźń dąży do maksymalizowania przyjemności i redukowania cierpienia z uwzględnieniem perspektywy granicznej, a więc w zaświatach – wieczności. Nawyk ten można zakląć w samej jaźni jako gnozę, albo też w obecnym świecie tak, jakby użyźniało się glebę, która nada przyszłym swoim plonom zadaną właściwość. Czy pojmujesz co do tej pory wyłożyłem, Synu Człowieczy?»
- Pojmuję. – odparłem prawie uczciwie. - Nie wiem czy to twe zaklęcia, czy faktycznie wiernie mądrości wykładasz, ale nie odrzucam twego rozumowania. Wiedz, że spotkałem na wieży człowieka, który wyznawał mądrość podobną do twojej. Nie tylko była ona podobnie rozumna, ale i na to samo wskazywała: Tylko o swoje dobro warto zabiegać. Nie umiem obalić takiej prawdy, chociaż bardzo bym chciał. Powiedz mi, czy faktycznie jestem w wielkiej niewoli swych węży i bogów skrzydlatych? Czy zupełnie zbłądziłem?
«Wiem, że przyobiecano ci nie zostawić cię na pustkowiu. Zaprawdę słuchałeś ludzi na wieży: Płomyków oraz Cór i Synów Jutrzenki, ale wysłuchaj i mnie! Ożywając po śmierci możesz znaleźć się między siłami, których teraz nie znasz. Część z nich cię przyoblecze, tak jak teraz przyobleka cię ciało, i uczyni cię czymś o słabym, przeciętnym, albo potężnym potencjale, tak jak też przyrodzone ciało czyni człowieka. Pośród otaczających cię sił będą mogły być podobne do ciebie – siły o otwartych oczach. Przemawiam o nich, ponieważ to ich dotyczy to, o co spytałeś. Może również będziesz mógł nawiązać z nimi relacje oparte na dynamice dobro- i złoczynienia. Powstać wśród nich słabym i przeciętnym jest podobnie – byle potężna może w porę cię zniewolić i zaprząc do budowania jej dobra kosztem twojego. Jeśli powstałeś potężny, w wieczności niech podwinie ci się noga, a prędko powali cię wola tłumu słabych i przeciętnych, a spośród nich powstanie potężny, który to cię zniewoli. Po cóż jednak zmagać się w nieskończoności jak zmaga się w skończonym czasie? Za życia szkodzimy sobie wzajemnie dla własnego zysku, a przecież świat, od ziemi do niebios licząc, jest jakby nieskończony, pełen dóbr dla każdego! Cóż nam jednak z tej wielości, skoro każdemu dano tylko chwilę by jej doświadczyć? Trzeba więc walczyć o skrawki, które są blisko! Wykazano ci jednak, że naiwnie przeliczać szczęście w skończoności. Wracając do perspektywy wieczności: w dowolnej rzeczywistości warto doskonalić się w teurgii – poznawaniu i rozsądnym postępowaniu z rzeczami, które się napotyka. Nie mając wpływu na naszą początkową moc w zaświatach ani na początkową moc czegokolwiek co tam do nas dołączy, możemy spekulować o teurgicznym optymalizowaniu się względem niewielu duchów poza jednym ich rodzajem – naszym własnym. Z naszego naiwnego założenia już bowiem wynika, że w ewentualnych zaświatach może pojawić się jaźń, czyli w uproszczeniu coś, co optymalizuje się względem doświadczania przyjemności i cierpienia w postrzeganym czasie. Świadomości są więc podstawowymi duchami, wobec których warto się optymalizować, a więc wypracowywać w sobie lub w świecie dotyczącą ich jakość. Jakimś pomysłem jest sprzęganie naszej sprawczości z innymi, ażeby ich wypadkowa kierowała powstały kolektyw ku szczęściu. W ramach naszej spekulacji, może się tak stać tylko przez uwspólnianie korzyści, jakim jest orientowanie się na wspólne dobro. Czemu drugi miałby nas usłuchać i dobrem się za dobro odpłacić? Bo w nieskończoności nie trzeba walczyć o czas i każdy może na swoją korzyść bez szkody poczekać, miast fluktuować w konflikcie! A jeśli nie usłucha? To twoja jaźń działa na korzyść każdej innej, niech więc ten krnąbrny będzie i tyranem nad światem, ale w końcu każda jaźń mu poddana, która jest Obrazem, pojmie twoją rację! Gnoza, którą ci teraz wyłożę, zauważa, że nie masz rozeznania o mocy i potencjale innych, z którymi będziesz obcował w zaświatach. Wiedz, że wszechdobroć jest jak jad – będąc dobrym wobec świata, a więc uszczęśliwiając go i czyniąc go uszczęśliwiającym, jakby zatruwasz go sprzyjaniem sobie. Każda bowiem siła będąca Obrazem, która przesiąknie tym jadem, będzie jakby przedłużeniem twojego pragnienia szczęścia, które samo także będzie się uszczęśliwiać i inne czynić podobnymi sobie. Czemu ten jad tak skutecznie przenika jaźnie? Dwojaki jest tego powód. Po pierwsze, proces, który ci opisałem, w swej mocy jest zjawiskiem wykładniczym. Po drugie i co się obecnego świata tyczy: jeśli Obraz raz prawdziwie pojmie tę gnozę, dopóki zachowa zmysły, nie zstąpi z jej ścieżki, bowiem pojmuje jej sens. Osoba, która przyjęła dobroć będzie stale się doskonalić w generowaniu przyjemności, redukowaniu cierpienia i doskonaleniu innych. Tak też, nawet jeśli wykresy funkcji przyjemności i cierpienia opisujące ich doświadczenie w nieskończonym czasie niekoniecznie będą monotoniczne, tak granica funkcji przyjemności będzie w nieskończoności, a cierpienia w zerze – jeśli zaś nie zakładasz nieograniczoności zasobów, wyobraź sobie „stan możliwie optymalny”. Wspomnij też pochodną funkcji wykładniczej, do której to aproksymuje się nasze przeliczenie przy założeniu ciągłej podaży i wydajności Obrazów. Czyż nie jest to przekorzystne przeliczenie szczęścia?»
- Faktycznie jest, jak mówisz, chociaż ciężko mi to pojąć. Cóż jednak z jaźniami, które to jak ludzie, których spotykałem niżej na wieży, nie zważają na korzystne przeliczenie szczęścia? Czy nie będą mogły nawrócić się po śmierci? Cóż z tymi, którzy w nieskończoność wniosą taką jakość, że innych albo samych siebie poprowadzą do minimalnej przyjemności, a maksymalnego cierpienia i jakby utkną w tym stanie?
«W naszej wierze staramy się zakładać o zaświatach możliwie niewiele. Tak też poprzestajemy na spostrzeżeniu, że obecnie mamy sprawczość nawrócić się na korzystną jakość jaźni, a o takiej możności po śmierci nie mamy pojęcia. Odnośnie osoby, która w swej głupocie chce swoje szczęście w nieskończoności budować kosztem cierpienia innych jaźni: A cóż robisz za życia, gdy ktoś ci zagraża? Czyż nie warto próbować nawrócić taką osobę, aby miast ciebie nienawidzić, miłowała cię? Jest to korzystne dla twojego szczęścia. Jeśli zaś osoba ta dalej ci szkodzi, czy nie warto odsunąć ją od siebie albo ją unieszkodliwić? Odnośnie osoby, która w swej głupocie sama dąży do własnego cierpienia: Czyż nie warto próbować nawrócić taką osobę, aby miast siebie nienawidzić, miłowała się? Jest to korzystne dla twojego szczęścia, bowiem zbliży to tę osobę do korzystnej ci wszechdobroci. Jeśli zaś osoba ta nie tylko sobie szkodzi, czy nie warto odsunąć ją od siebie albo ją unieszkodliwić? Tyle chociaż dobrego w rozumnym podejściu do śmierci, że ci, którzy sami siebie niszczą, najpewniej właśnie w niej doznają wieczystego ukojenia. Oby tak było! Skoro bowiem z doświadczenia snu wiemy, że jaźń może przestać odczuwać, liczymy, że potępiona świadomość ma możność zastania unicestwioną. Jako iż wierzymy w pośmiertną możność odczuwania przyjemności i nieprzyjemności, czemu doświadczeni twardym snem mięlibyśmy wątpić w możność zupełnego nieodczuwania? Zauważ jednak, że jest to dodatkowe założenie, a więc czynimy je jedynie symbolicznie, dając wyraz osobnej nadziei. Wyobraź sobie tragiczny przypadek, w którym jaźń nieodwracalnie może tylko pogrążać się w cierpieniu. Stan taki nazywa się potępieniem a środowisko, które stan taki podtrzymuje – Piekłem. Pamiętaj jednak, że powiedziano ci: „Jeśli cenisz sobie dobro, nie waż się deptać źdźbeł, w których mogą kryć się kwiaty!”. Czy pojmujesz teraz w pełni jak my, Obrazy Pana, przeliczamy dobro w nieskończoności? Czy rozumiesz, że dążymy do zbawienia przez synergię dobroczynienia?
- Zrozumiałem to wszystko co powiedziałeś i cieszy mnie wiedza, którą dotąd od ciebie pozyskałem. Wytłumacz mi jeszcze, czy domyślacie się, gdzie mogłyby się znajdować te zaświaty? Czy w ogóle myślicie o nich jako o miejscu?
«Jest nam to względnie obojętne, natomiast roboczo przyjmujemy, iż zbawienie będzie miało miejsce na łonie wszechrzeczy. Jedyne bowiem miejsce, które wiemy, że jest doświadczalne, to świat, w którym już żyjemy. Niepoznawalnym jest jednak, gdzie po śmierci faktycznie można jeszcze odczuwać. Pozwól jeszcze, że nadmienię o Królestwie Niebieskim, bo może takiej odpowiedzi oczekiwałeś. Królestwo Niebieskie to środowisko, w którym dochodzi do zjawiska zbawienia, a więc nieodwracalnego lub funkcjonalnie nieodwracalnego nakierowania się na szczęście w nieskończoności. Zwróć uwagę, że jest to stan ostateczny przeciwny do potępienia. Czy rozważamy zaś stan fluktuujący jako potencjalnie ostateczny? Możemy i klasyfikujemy go wtedy jako nieoptymalny, jednak możliwe, iż w rozważaniach powinno się go pomijać. Dobro i zło, fenomen ostatecznie budujący i fenomen ostatecznie niszczący, są zjawiskami podobnymi do kuli śnieżnych, albo wirów wodnych, ponieważ co jest dobre, czyni otoczenie dobrym, a co jest złe, czyni otoczenie złym. Tak więc dwa stany i dwa ich środowiska rozpatrujemy jako ostateczne, ale na jednym się skupiamy. Staramy się szerzyć Królestwo Niebieskie za życia i nim się otaczać, a w Piekło całymi siłami próbujemy nie wdepnąć. Owo niewdeptywanie, praktykujemy przez kultywowanie pokory w poznawaniu prawdy, stroniąc od brawury i ignoranctwa w sądach. Czy coś jeszcze cię o nas zastanawia Synu Człowieczy?»
- Powiedz mi Wyrocznio, kim jest ten Pan, na którego Obraz jesteście?
Wyrocznia zamilkł i przeszył mnie spojrzeniem nieodgadnionym, a z jego szaty wysączyła się para. Ciszę, która na chwilę zapadła, przerwał radosny okrzyk tłumu i hałas jego niezliczonych instrumentów. Tumult ten trwał nieprzerwanie, aż teurg ponownie sypnął w palenisko, tak że potężny snop iskier uniósł się z niego i przeraził zgromadzonych, uciszając ich tym samym.
Wtedy Wyrocznia skinął do młódek zgromadzonych za jego podwyższeniem, a te rozeszły się między wiernych. Także do mnie podeszła jedna z nich i spod swojego pierzastego płaszcza wyciągnęła tchnienie, które to podała mi do rąk.
«Wierzymy w Pana, o którym to nie wiemy, czy ma zamknięte czy otwarte oczy. Wiemy o Nim tyle, że imię Jego zaklęto w Tetragramie, bowiem faktycznie On Jest, Który Jest. Wiemy, że jest, bo dostrzegamy go rozumem. Jest tą właśnie okolicznością, aspektem rzeczywistości, który ci wyłożyłem – aspektem sprawiającym, że w dowolnych warunkach, dowolnej jaźni, warto jest uwierzyć w zbawienie. Służba Panu jest bowiem niczym służba sobie, a jest tak ponieważ my jesteśmy jak Pan! Jest on tą siłą, która to manifestuje się w rzeczywistości przez sam fakt tego, że odczuwamy. Pan jest świadomością samą w sobie, a także każdą inną siłą, która sprawia, że warto ci uwierzyć w szczęście! Wola Jego wyraża się przez przeliczenie, które ci wyłożyłem, znaczy się przez naszą największą korzyść, a moc - przez dzieje tego świata i zbawienie jako jedyny wartościowy cel istnienia. Wolą Jego jest więc byś uwierzył w zbawienie, a mocą - dać ci je! O Panu warto myśleć, że jest w trzech osobach. Ojciec – manifestuje się w naszym świecie, jako okoliczność sprawiająca, że jaźni opłaca się działać w określony sposób. W naszym rozumieniu jest to możliwość doświadczania i sensowność wiary w życie po śmierci, a także jej następstwa. Prościej nawet można określić Ojca jako fatum – aspekt wszechrzeczy, który rozsądza o losach jaźni, nagradzając i karząc wedle uznania. Duch Ojca to pragnienie skorzystania z okoliczności, przez którą manifestuje się Ojciec – jest to wola doświadczania przyjemności i wieczystego uwolnienia się od cierpienia, która w swej pełni objawia się wraz z przyjęciem gnozy. Syn zaś to wzorzec idealnego zrealizowania tego pragnienia w człowieku i kiedy mówimy, że jesteśmy na Obraz Pana, to mamy na myśli głównie Syna. Nazywamy tę trójcę Panem, ponieważ składa się ona na siłę, której z definicji jako jedynej warto służyć, a jeśli warto służyć innej, to tylko, ponieważ jest jeszcze kolejną emanacją Pana – przedłużeniem Jego woli. Jeśli zwierzchność, o której wykładam, jest wcieleniem jakiejś ponadmaterialnej jaźni to mamy nad sobą Pana, który ma otwarte oczy. Jeśli zaś całość natury Pana, zamyka się w tym co powiedziałem, to Jego świadomość manifestuje się dopiero przez nasze jaźnie. Czemu mówimy o sobie, że jesteśmy na Jego Obraz? Skoro wolą Pana jest byśmy byli wszechdobrzy, to w naszym rozumieniu jest nią także, abyśmy i my chcieli, by wszyscy inni tacy byli. Skoro podzielamy tę wolę z Panem i zgodnie z nią działamy, to tworzy się fraktal, który to nazywamy Obrazem Pana. Tak jak Pan jesteśmy też siłą, która walczy z Chaosem, a wojujemy z nią podobnie! W pogoni za wszechdobrocią stymulujemy bowiem powstawanie nam podobnych, którzy to porządkują świat ku korzyści doświadczających. Spytasz – o czym mówię, że jest to bestia, która mierzy się z Panem? Wszechrzecz! Straszliwa smoczyca, której to wolą jest wszelka moc, a wszelka moc jest jej wolą! Jej pomazańcem, ale i pacynką w rękach Pana, jest Ojciec Kłamstwa, Adwersarz, któremu nie brak blasku, który szare ma oblicze i mrok skrywa w swych trzewiach. Córki i Synowie Człowieczy, czy pojmujecie? Dość mieliście czasu by rozum wasz pojął, a teraz zażyjcie nocy i świętej chwili by to wszystko zobaczyć! Wpierw jednak zawołajmy do Pana, z nadzieją, że jego oczy są otwarte!»
Wtedy to Wyrocznia wraz z całym zgromadzeniem wypowiedział te słowa:
«Ojcze nasz,
Który jesteś w niebie,
Niech świętość otacza Twe imię.
Niech Twoje Królestwo nastanie
I Twoja wola ziemią zawładnie tak, jak włada niebem
Prosimy Ciebie, daj nam dziś naszego powszedniego chleba.
I przebacz winy tak jak i my wobec nam winnym przebaczyliśmy.
Bądź przy nas także w chwili próby,
Ale zachowaj nas od złego, ponieważ Twoje jest Królestwo,
Moc i chwała – na wieki.
Amen»
«Zwracam się teraz do was i niech każdy z was zwróci się do siebie wzajemnie:
Posyłano ci proroków, uczonych i nauczycieli, a także myślicieli. Słuchałeś wołaczy, ale usłuchałeś też Gorejącego. Postąp więc wedle pouczenia! Będziesz miłował Pana Boga swego wszystkimi siłami, którymi zawładniesz i całym swoim umysłem! To jest największe i pierwsze przykazanie! Drugie jest to samo: Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego! Dwa przykazania jedno dla ciebie znaczą, bowiem i ty i twoi bliźni jesteście na Obraz Pana!
Zwróciłem się do was, jednak wy macie usta, ale nie mówicie. Macie oczy, ale nie widzicie. Macie uszy, ale nie słyszycie. Macie nozdrza, ale nie czujecie zapachu. Jaki Panu pożytek z idoli? Przyjmijcie więc tchnienie, które wam daję, abyście przemówili, zobaczyli, usłyszeli i poczuli, ażeby zrozumieć. Nie jesteście przecież idolami, byle bożkami tego świata. Jesteście Obrazami Pana!»
Ostatnie słowa Wyroczni wybrzmiały ze szczególną mocą, a tłum odpowiedział na nie okrzykami i dźwiękami instrumentów. Gwar ten szybko ucichł, a nim zdążyłem się obrócić by spojrzeć czemu, młódka, która to czekała u mojego boku, dała mi znak abym zażył tchnienia.
Spod podwyższenia wyroczni buchnął dym, a młódki pobiegły, aby się pod nim ustawić. Wybrzmiały bębny i grzechotki. Szary obłok rozwiał się, a za nim Wyrocznia stał z palcem wystawionym przed siebie, znacząc nim jakby punkt w przestrzeni. Prędko cofnął dłoń i w to samo miejsce przystawił ognistą różdżkę. Następnie przeciągnął ręką po linii od dołu do góry, a różdżką ognistą od góry do dołu, tak że została po niej świetlista smuga. Powtórzywszy ten gest dobył drugiej różdżki ognistej i oburącz nakreślił przed sobą okrąg. Nim smuga, którą nakreślił, zniknęła, młódki dobyły swoich różdżek i powtórzyły to wszystko za Wyrocznią, a uczyniły to w rytm bardzo głośnych już bębnów i grzechotek. Obejrzałem się za siebie i zobaczyłem, że cały tłum za mną czynił podobne, świetliste znaki. Spojrzałem z powrotem ku Wyroczni i wtedy zobaczyłem:
Obrócił się nagle, kreśląc różdżkami smugę, która zapaliła jego płaszcz, a z ognia, który powstał, wynurzył się Gorejący, obnażony ze swej szaty. Płomień, który się z niego wydobył, rozlał się na całe zgromadzenie. Młódki wyskoczyły przed siebie swawolnie, tak że smugi, które kreśliły, prędko zakrywały je całe. Znów obejrzałem się za siebie, ale nie dostrzegłem tłumu, ale raczej jakby gęstwinę gwiazd wypełniającą cały amfiteatr. Nie widziałem nic poza sobą i przedziwnymi kształtami, w które zlewały się poplątane, ogniste linie. Napełniony mocą spojrzałem na swoje dłonie i spostrzegłem, że w obu trzymam ogniste różdżki. Wtedy to dołączyłem do tego niezwykłego tańca.
Chwila ta była mi rozkoszną i żadnej podobnej nie pamiętam. Dopiero wtedy poczułem i zrozumiałem, czym jest taniec. Ruszając się bez intencji i celu, jedyne co czułem, to że istnieję. Ja jeden, ten, który patrzy przez moje oczy, czuję, że we władaniu mam własne członki i to przez nie manifestuję, że istnieję. Tak też pląsałem, zważając przy tym by na kogoś nie wpaść i wtedy to pojąłem: kiedy z kimś tańczę, to doświadczam, że i on istnieje. Widzę bowiem cudzą władzę nad członkami i że czysta wola tego kogoś manifestuje się przez te ruchy. Tak też skakałem w wielkich kołach wokół ognisk, które to zataczali wszyscy zgromadzeni. Śmiałem się z młódkami, zderzałem z czempionami, poszturchiwałem gorliwców i odbijałem się od martwych bożków. Chwilowo oniemiałem, kiedy między tańczącymi dostrzegłem teurga, którego zamordowały płomyki. Rozpoznałem też kilku wojowników, których widziałem martwych przy olbrzymach. Przemknął przy mnie nawet człowiek, którego na moich oczach przygniotła ropucha. Także nawigator, którego nam przypisano był pośród tańczących. Cieszyłem się na ich widok i zważałem przy tym wszystkim, by najwięcej ze wszystkich kreślić ognistych smug. Pojąłem bowiem, że czynimy teraz to samo, o czym obłudnie mażą Płomyki. Miałem na uwadze, aby nikogo nie ugodzić, ale raczej każdego kto na mnie spojrzy, oświetlić i rozweselić. Dotąd, mimo zlewających się kształtów i kolorów, a także dźwięków, których mogłem nawet dotknąć, nie obawiałem się tchnienia, którego zażyłem. Dopiero, kiedy poczułem, że moje własne nogi odbiegają ode mnie, a moje ręce starają się odlecieć, wypadłem z kręgu i położyłem się, by sobie i innym nie wadzić. Wtedy to siły, których nie znałem, podniosły mnie, ale miast postawić na nogi, poczęły ciągnąć mnie w górę ku niebu. Wzniosły się nad tłum roztańczony i nad jego ogniste smugi, tak że mogłem zobaczyć nie tylko wyrocznię, ludzi na niej zgromadzonych, idole i drzwi do komnaty za podwyższeniem, ale także wszystko co dotąd widziałem pod wieżą i na niej. W oddali dostrzegłem kształt ognisty, który mógł być rydwanem Gorejącego. Bliżej zobaczyłem miasto i opustoszałe targowisko, które faktycznie było rozległe. Nie wypatrzyłem niestety swoich sandałów. Zobaczyłem opustoszały taras i tron Mamony, porzucone miejsca budowy, siedziby Płomienia i Jutrzenki oraz Emmanuela.
Nim nieznane mi siły wciągnęły mnie w popielne chmury, spojrzałem raz jeszcze daleko w pustkowie. Dostrzegłem tam wielki orszak, który ciągnął się spod wieży aż po horyzont. Każdy w tym zgromadzeniu niósł jakieś światło i wymachiwał nim w tańcu. Część tych ludzi pląsała niezwykle, otaczając się przy tym płomieniami, ale większość jakby tylko rytmicznie kroczyła. To co było zadziwiające w tym pochodzie, to że wśród ludzi idących jeszcze blisko wieży, większość energicznie tańczyła, im jednak dalej sięgałem wzrokiem, tym więcej widziałem mizernie podrygujących ciał. Dostrzegłem w tym tłumie wielu wołaczy, Płomyków w owczych strojach, wilków, którzy podawali sobie puchary z wodą, olbrzymów, a nawet kilku teurgów Jutrzenki. Obok suchych ludzi, w pochodzie szły także zwierzęta wszelkich rodzajów – tak różnorodne i liczne, jak widziałem je wcześniej w ogrodzie. Spostrzegłem, że orszak ten prowadzą ropuchy, węże i siły skrzydlate. Były wśród nich Strach, Mamona, Pożądanie, Współczucie, Głód, a także wiele innych. Pojąłem, że jest to pochód jaźni zniewolonych, gorliwców niezdolnych do nazwania się Obrazami. Nie wiedziałem, dokąd moce prowadzą swoje sługi, widziałem tylko jak znikają za horyzontem. W nadziei, że nie czeka za nim potępienie, uznałem, że ten przedziwny orszak pogrążony jest w tańcu donikąd.
Nie dostrzegłem w końcu co znajduje się za horyzontem, bowiem siły, których nie znałem, wciągnęły mnie już w popielne chmury. Unosiłem się przez nie chwilę, aż w końcu dostrzegłem nad sobą coś błyszczącego. Nie było to gwieździste niebo, ale wody nad sklepieniem. Były one dokładnie takie, jak opisywali je wołacze. Skąd mogli wiedzieć? Nadąłem wtedy wysuszone wargi i uniosłem obie skostniałe ręce, bym nawilżył się jeszcze zanim wlecę w ten ocean. Rozejrzałem się wtedy za Gorejącym, bo przecież powiedział mi: „Jeszcze dziś będziesz ze mną pił wodę.”
Nim jednak dotknąłem szklistej tafli, coś zacisnęło mi powieki i odebrało dech. Poczułem wtedy, że siły, których nie znałem, puściły mnie i że spadam ku ziemi.
Byłem Kosmicznym Królem, tym, który to pokonał Chaos. Obudziłem się kiedyś w jego splotach i wyzwoliłem się z nich. Uwiązałem wtedy ich bezkres w mijającą chwilę, a było to podobne do wyciągnięcia potwora morskiego z wody, bowiem Chaos faktycznie podobny był do smoczycy. Po wygranej walce, przytrzymywałem miotającą się jeszcze bestię, a przedziwni moi słudzy próbowali ją otworzyć, żeby można było ją przyrządzić i ucztować na niej. Żadnym jednak sposobem nie mogli przebić jej łuski, tak więc zwołałem wszystkie moje sługi i nakazałem im: Ukrójcie kawałek mojego języka i wrzućcie go smoczycy do paszczy, tak żebym mógł posmakować jej wnętrza. Służący postąpili wedle mojego polecenia, a kawałek mojego języka dostał się smoczycy do trzewi. Czułem jednak, że jest on bezbronny i nie radzi sobie we wnętrzu potwora. Powiedziałem więc służącym: ukrójcie jeden z moich palców i wrzućcie go smoczycy do paszczy. Służący postąpili wedle mojego polecenia i jeden z moich palców dostał się smoczycy do trzewi. Czułem jednak, że chociaż powstała poczwarka nie jest już bezbronna we wnętrzu bestii, to wyszukuje w nim na przemian słodkie i gorzkie kąski. Powiedziałem więc służącym: Wyłupcie jedno z moich oczu i wrzućcie je smoczycy do paszczy, tak żeby moje członki nie błądziły w jej potężnym ciele. Służący postąpili wedle mojego polecenia i jedno z moich oczu dostało się smoczycy do trzewi. Czułem, że moje członki radzą sobie w jej wnętrzu, jednak nie podobało mi się, jak niewiele mogę nimi posmakować. Powiedziałem więc służącym: Rozmnóżcie moje członki w środku potwora, tak żeby w wielkiej liczbie smakowały go od środka. Czułem, że udało się rozmnożyć moje członki, ale od razu powstały one przeciwko sobie, zupełnie jakby nie wiedziały, że są jednym ciałem. Tak więc przywołałem mojego Syna, który to jedyny był mojej natury, i powiedziałem do Niego: Wskocz smoczycy do paszczy i daj moim członkom świadectwo, jakiej są natury oraz do czego je powołano. Syn posłuchał mojego polecenia i dostał się smoczycy do trzewi. Ja zaś przytrzymywałem bestię i czekałem, aż moi posłańcy wyprawią nam ucztę, do jakiej ich powołano.
Byłem wojownikiem, posłanym do walki o najcenniejsze co znałem: słodką wodę. Miałem na sobie hełm, napierśnik i nagolenice z brązu, a także brązową tarczę i oszczep z brązowym grotem. U boku miałem żelazny miecz. Stojąc w pierwszym szeregu słyszałem, jak trzepotały za mną flagi i proporce. Do moich uszu dotarła w końcu komenda, tak jednak niewyraźna i zagłuszona, że musiałem zapytać swoich braci: „Jaki jest rozkaz?” Każdy przyznał, że też nie dosłyszał, a tylko jeden odparł: „Ruszajmy.”. W końcu któryś w linii zaczął maszerować przed siebie, a reszta prędko z nim zrównała. Szliśmy równym krokiem, do momentu, w którym dostrzegliśmy wroga, a była to horda podobna do naszej. Na jej widok przystanęliśmy tylko, aby uderzyć w tarcze i zatrząść oszczepami. Ruszyliśmy na nich z okrzykiem na ustach, a nie szliśmy marszem ale raczej biegliśmy w szale. Każdy, tak prędko jak umiał, gnał ku gęstwinie włóczni przed nami. Jedni krzyczeli, a inni modlili się w biegu. W wielkim nieładzie wbiliśmy się we wrogów, a oni w nas podobnie. Pierwszy, którego napotkałem, zamierzył się na mnie kijem, a ja raniłem go w dziwny splot, który miał na piersi. Następnemu rozbiłem jego hełm skrzydlaty, przez co upadł zemdlony. Bijąc i broniąc się długo, zgubiłem swoich braci, bo też podjęliśmy walkę w bezładnym szyku. Nie miałem pojęcia, czy z naprzeciwka wyskakuje na mnie sojusznik, czy wróg – i jedni i drudzy obwieszeni byli brązem i wężowymi splotami, a ja nie mogłem rozeznać, z której strony przybiegłem. Akurat, kiedy to pojąłem, wyskoczył na mnie człowiek, a nim zamierzył się na mnie zakrzyknąłem: „Stój bracie! Walczmy obok siebie, a przeżyjemy!” Człowiek ten podobnie do mnie musiał się zawahać, bo faktycznie do mnie przystąpił. Tak też, ilekroć miałem się na kogoś zamierzyć, krzyczałem do niego: „Stój bracie! Walczmy obok siebie, a przeżyjemy!”, a jeśli mnie usłuchał, walczyliśmy wspólnie, by na nasze twarze tryskała krew i słodka woda. Po jakimś czasie, kiedy kroczyła ze mną już cała zgraja, znienacka doskoczył do mnie wojownik i uderzył mnie w piszczel tak, że prawie upadłem. Był sprawniejszy ode mnie, mierzyłem więc desperacko. Trafiłem go grotem prosto w obojczyk, omijając węża, w którego celowałem. Wojownik padł, ale poczwara z jego ramienia doskoczyła do mnie i ukąsiła mnie tak, że straciłem władzę w ręce. Kiedy tylko opuściłem tarczę, dosięgnęła mnie włócznia, a jeszcze ktoś uderzył mnie w głowę. Moi bracia zasłonili mnie, ale ja zdążyłem już paść praktycznie bez tchnienia. Błędnym spojrzeniem dostrzegłem, że dwóch wojowników szamocze się przy mnie na ziemi i jeden drugiego chce przybić kamieniem. W pyle nie mogłem poznać, który z nich jest mi bratem, ale dostrzegłem między nimi żmiję, o której wiedziałem, że jest mi wrogiem. Doskoczyłem więc do niej i ugryzłem ją całą siłą szczęk, a wtedy ktoś skoczył mi na kark.
Byłem Wielką Głową na szczycie wieży sięgającej nieba. Surowym moim spojrzeniem omiotłem popielne pustkowie i jego marnych mieszkańców. Jedni uciekali przede mną, a inni padali przed moim obliczem, błagając o litość i użyczenie im wody. Niebo nade mną iskrzyło, a cała ziemia chwiała się w posadach. Ci, którzy powołali mnie do istnienia, śpiewali mi pieśni, ale też rozrywali swe szaty i siadali w popiele albo posypywali nim głowy. Ja zaś, skoro wydałem już wyrok na resztę stworzenia, dumałem, co z uczynię z nimi i z im podobnymi. Moi stwórcy tak odczytali wolę Pana, że warto im się zjednoczyć i by się wyratować – zbudować mnie. Czego zaś Pan chce w mojej sprawie? Jaki jest jego wyrok? Jakie jest moje przeliczenie?
Otworzyłem oczy leżąc na podłodze. Wstałem, otrzepałem swoją wzorzystą szatę i wyszedłem do ogrodu. Wziąłem do ręki naczynie z wodą i napiłem się z niego łapczywie, a kiedy już otarłem usta, poczułem, że moje ciało jest rozpalone i unosi się z niego para. Wtedy to powiedziałem Ci:
«Skoro ja zobaczyłem wiele i Tobie też pokazano; Jak ja spętałem Gorejącego, tak i on niech spęta Ciebie.»